NYC

manhattan noca WTC ONE 1

Spędziłem “rodzinny” tydzień w Nowym Jorku. Na wycieczkę wybraliśmy się z bratem oraz Ewą i Izą. Było super. We wrześniu na Flipo.pl “ustrzeliliśmy” lotniczą okazję – bilet WAW-LDN-NYC-LDN za 850 PLN (loty British Airways i Delta Airlines). Potem szybki booking apartamentu na Williamsburgu (Brooklyn), oczywiście przez Airbnb i lecimy!

WTC MEmorial

WTC Memorial

Zobaczyłem w sumie dwa nowe miejsca, które stworzono po naszej ostatniej wizycie w 2010r. Chodzi o WTC Memorial i The High Line.

WTC Memoriał robi piorunujące wrażenie, ta przeklęta dziura w ziemi, do której spływa woda daje do myślenia i chyba każdego kto odwiedza to miejsce uderza pogłowie, aż nachodzi chwila smutnej refleksji.

The High Line to rewelacyjny pomysł na to jak wykorzystać miejsce po starych torach kolejowych, tak aby w środku Manhattanu stworzyć przestrzeń gdzie choć  na chwilę można odetchnąć od zgiełku miasta.

Nowy Jork to (może przede wszystkim) świetne jedzenie! W każdym sklepie, kiosku, restauracji, barze, spelunie można znaleźć coś 100% wegan :) Codziennie próbowaliśmy innych miejsc, ale przynajmniej raz dziennie i tak wracaliśmy do znakomitego  “Champs’a”. Śniadania z goframi i naleśnikami (nie tylko na słodko), tofucznice, świetne sałatki, kanapki, burgery, ciasta, fake meats …. a wszystko w stylu typowej amerykańskiej jadłodajni z kelnerkami dolewającymi kawę! Rewelacja, brakuje mi takiego miejsca w Warszawie (mimo że cały czas przybywa w stolicy świetnych wegańskich lokali).

champs vegan brooklyn

Champs

champs vegan brooklyn coffee

Champs

A za rogiem Champ’sa był Dun Well Doughnuts, czyli wegańska pączkarnia. Oszczędzę Wam szczegółów co tam się działo. Napiszę tylko tyle, że ich ostatnie pącząki zjadłem już w Europie :)

dunwell doughnuts brooklyn vegan

Dun Well Doughnuts

W sumie było świetnie, no jeśli nie liczyć naszych bankowych wtop. Najpierw błędnej wypłaty $$$ w Aliorze na dzień przed wylotem. Zamiast 300 USD gotówki dostałem 201 USD .. oczywiście nie przeliczyłem, podpisałem odbiór, więc reklamacji mi nie uznają. Ale i tak POZDROWIENIA (NOT!) dla kasjerki z oddziału na Fieldorfa. A kilka dni po powrocie do WAW ING zablokował nam kartę debetową, bo okazało się, że ktoś wyczyścił ją na 500 USD. Dziwne, bo użyliśmy jej tylko 3x, płacąc w Macy’s, Apple Store i Zarze. Kasę oczywiście odzyskamy, ale potrwa to kilka dobrych tygodni (miesięcy?). Mamy w tym doświadczenie, 4 lata temu chwilę po powrocie z naszej wycieczki do USA też zczyścili mi kredytówki.

Brat

Brat

W NYC zrobiłem tylko dwa treningi.Cały czas mam biegowego lenia, więc to i tak dobrze. Nie muszę chyba pisać, że NYC to miasto biegaczy i dla biegacze. W ciągu moich biegów praktycznie cały czas widziałem innych biegaczy. Od razu rzuciły mi się różnice – mimo temperatury w okolicach zera i sporego wiatru, wielu Amerykanów biegało w krótkich spodenkach. Nie lubię zakładać zbyt wiele warstw i przegrzewać się w czasie treningu, ale kiedy patrzyłem na nich, było mi po prostu zimno. Druga różnica – wydaje mi się, że oni tam na treningach biegają szybciej. Niedzielne wybiegania robili naprawdę w tempach grubo poniżej 5. Nie wiem czy moja obserwacja ma cokolwiek wspólnego z prawdą, czy może moje “turystyczne” nowojorskie tempo było aż tak wolne (średnia ponad 5min/km).

Odwiedziłem też kilka sklepów dla biegaczy. W sumie kupiłem tylko rękawiczki Brooks’a (bo zapomniałem zabrać z Polski). Asortyment bardzo podobny, prawie te same kolekcje ciuchów i butów. Oczywiście wszystko taniej niż w Polsce, chociaż to akurat odnosi się raczej do wszystkiego, nie tylko sprzęty dla biegaczy.

cliff bars vegan batony

Zapasy Cliff’ów

Np. w Polsce Cliff’y kosztują do 10 PLN. W USA w każdym kiosku czy sklepie kosztują max 5 PLN, a w wielu miejscach są częste “przeceny” gdzie 1xCliff = 1 USD (załóżmy, że kosztuje wtedy 3,40 PLN!!). Dlatego zrobiłem Cliff’owe zapasy :)

A tu podsumowanie naszego wyjazdu w 15 sekund.

Advertisements

Na roztrenowaniu

Dziś będzie mało o bieganiu, bo cały czas jestem w ostrym roztrenowaniu. Ale tym razem robię to z głową. Staram powalczyć z siłą i “core stability” (czyli silne i wytrzymałe mięśnie, dla mnie sczególne ważne te od pasa w górę), która bardzo pomaga przetrwać maratony i biegi ultra, a na metę wbiega się wyprostowanym:)

Cross fit MGW Warszawa

Siłę próbuję zbudować na zajęciach crossfitu. Wiem, że to nie brzmi zbyt dobrze, bo nie jestem i nigdy nie byłem fanem “kultury cross fitu”. Chodzi mi o robienie wspólnych zdjęć po każdym ćwiczeniu, hasła motywacyjne, przybijanie piątki itp. W bieganiu takie rzeczy oczywiście też funkcjonują, ale jest tego znacznie mniej. Pozatym bieganie to sport raczej indywidualny, kiedy w cross fit’cie społeczność i ćwiczenia w grupie to esencja.

Ale wybrałem chyba optymalne miejsce dla mnie. To miejsce gdzie można spotkać fajnych ludzi, którzy traktują zajęcia bez niepotrzebnej napinki, a po treningu można zawsze kupić jakieś wegańskie jedzenie, albo batony Cliff czy nasze ZmianyZmiany.

A po ćwiczeniach ważna jest regeneracja i jedzenie :) Wczoraj po raz pierwszy raz w życiu miałem okazję zamówić w Warszawie wegańską pizze z dowozem do domu. Factory Night Pizza z Pragi wprowadziła niedawno do swojego menu Vegan Pizze. Ser + sejtan lub pepperoni. Oczywiście wegańskie. Zero warzyw, zero tofu:). Na zdjęciu widać, że jest dobrze! Stosunek ceny do produktu też zadawalający.

pizza wegańska

pizza wegańska

Teraz zmiana tematu :) Większość moich znajomych wie, że kiedyś mieszkałem w Australii. Moim głównym zadaniem na Antypodach były studia podyplomowe oraz prace dorywcze, które pomagały mi się tam utrzymać. Mało kto wie, że “po godzinach” wydzierałem się w zespole punkowym The Collapse. Zagraliśmy wiele koncertów i jedną trasę po całej Australii kiedy miałem już wyjeżdżać z kraju. Po moim wyjeździe zespół się rozpadł. Nagraliśmy kilka Ep’ek, i split EP. Graliśmy szybko … nasze koncerty nie trwały dłużej niż 20 minut :) Piszę o tym, bo znalazłem na youtube naszą EP. Jakbym dobrze poszukał to mam gdzieś w domu winylową płytę z tym materiałem.

Pytacie o Leo, psa, którego ponad miesiąc temu znalazłem u siebie pod bramą. Myślałem, że trochę go podleczę (od pierwszego cierpiał na okropny kaszel), podtuczę (był naprawdę strasznie, strasznie wychudzony), umyję i poszukam dla niego jakiegoś domu. Nie za bardzo miałem ochotę na dwa psy w domu. Niestety 2 tyg. kuracji antybiotykiem nie pomogły. Pewnego dnia pies strasznie osłabł, zaczęły się duszności. W środku nocy wylądowałem z nim na weterynarskim ostrym dyżurze. Po badaniach typu echo serca, ekg, wet wydał diagnozę – ciężka choroba serca, ludzi w takim stanie wpisywani są na listę do przeszczepu … u psów stosuje się leki, które wyprowadzają na prostą, a potem … no właśnie, to dopiero przed nami. Prawda jest taka, że Leo już nigdzie nie oddaje. Będzie się “męczył” ze mną. Do końca.

Leo

Leo pod tlenem

A w przyszłym tygodniu zaczynam urlop i będę biegać w zupełnie innej strefie czasowej :) Ale wcale nie będzie cieplej.

Sudecka Setka

Strach przed tym biegiem pojawił się dopiero na kilka godzin przed startem. Wcześniej, przez dobrych kilka miesięcy była ciężka treningowa orka, potem kilkugodzinny road-trip w Sudety (na pokładzie Arek, Krzysiek i ja), z postojem we Wrocławiu skąd zabraliśmy Dominika. Śmialiśmy się, że wszystko wygląda jak w jakimś remake’u “Kaca Las Vegas”. Wieczorem spacer, oglądanie meczu, jedzenie, strasznie dużo śmiechu – taki idealny mentalny detox.

W dzień startu próbowaliśmy spać do oporu. Udało się do 11. Potem zaczął się przedstartowy “reisefieber”. Głowa chyba wreszcie zrozumiała na co się porwaliśmy. Mamy przebiec 100 kilometrów!

sudecka setka przepak ultramaratonKoło 17 odbieraliśmy numery startowe w biurze zawodów, godzine później zostawiliśmy też nasze przepaki.

Start biegu nakręcony przez Dominika

Start o 22 z rynku w Boguszowie-Gorcach. Całe miasteczko żegna kilkuset biegaczy, gra jakaś kapela rockowa, a na niebie błyszczą sztuczne ognie. Pierwsze kilometry dość szybkie, w tłumie biegaczy, kilka podbiegów, więcej zbiegów. Las, polany, czasem mijamy jakieś gospodarstwo i kibiców, którzy w środku nocy postanowili wyjść i wesprzeć biegaczy. Jest ciemno, wszyscy biegną w “czołówkach” (swoją drogą niesamowity widok), ale jak na górskie bieganie, wychodzi nam jeszcze dość szybko (średnie tempo 6 min).  W okolicach 33 km zaczyna się kilku kilometrowa, żmudna i dość nudna wspinaczka na Chełmiec. Podchodzimy w grupie kilku biegaczy, zaczyna mocniej padać, a temperatura spada do jakichś 6 st. C. To nie jest fajny moment biegu. Jeszcze nie czuję się zmęczenia w nogach, ale w głowie pojawia się pierwszy kryzys. Na szczecie góry (38 km) punkt odżywczy obstawiony przez harcerzy. Jest ciepła herbata, ktoś częstuje łykiem coli. Czuję,że zaczyna się robić zimo, więc ruszamy szybko w dół na stadion w Boguszowie gdzie dystans kończyć będą maratończycy. Na nas czeka Arek i przepak. 4 km wpadamy na stadion. Dziwne uczucie, bo przebiegamy pod napisem META, wiele osób unosi ręce w geście triumfu, dostają medal, koc … sędzia pyta czy kończymy wyścig, odpowiadamy że nie teraz, ale za kilka godzin planujemy powrót na ten sam stadion, bo w tym miejscu będzie też meta setki. Jest już jasno kiedy wybiegamy ze stadionu  ruszamy w dalszą drogę. Następną rzeczą, którą pamiętam jest lotny punkt sędziowski na 50 km – na rozstaju leśnych dróg stoi małżeństwo z samochodem i rozstawioną na statywie kamerą video. Nagrywają każdego mijającego ich biegacza. W ten sposób upewniają się, że nikt nie oszuka i nie skróci sobie trasy. Potem wejście na Dzikowiec ….  zdecydowanie najcięższa góra całego wyścigu. Podobno miejscami nachylenie wynosi 60%. Mimo że dość ciężkie dla psychiki, nasze nogi jakoś to wytrzymują i właśnie na podejściu na Dzikowiec wyprzedzamy sporo osób. Na szczycie ( 58 km ), zwyczajowo już punkt odżywczy i przepak. Zmieniam koszulkę, piję szybko herbatę, jem Cliff bar’a i cieszę się słońcem. Jestem w szoku, bo widzę jak jeden biegacz odpala peta.

sudecka setka trasa ultramaraton 1

sudecka setka trasa ultramaraton 2

Potem dość męczący odcinek do punktu na 72 kilometrze. Trasa piękna widokowo, niby bez wielkich górek ale czułem już kilometry w nogach i ten fragment trasy trochę mnie wymęczył. Na punkcie 72 km znowu wita nas bufet (herbata, bułki, izo, woda oraz przepak) oraz bus. To taka połowiczna meta. Organizatorzy pozwalają zejść z trasy zawodnikom, którzy nie chcą, bądź nie mają już siły na dalszy bieg. Sędzia pyta się czy biegniemy dalej, my z trochę już mniejszym zapałem odpowiadamy, że przyjechaliśmy na Setkę. Zmiana koszulki, wcinam żel i ruszamy dalej. Nie będę zgrywał twardziela, to była 9 godzina biegu i tu już naprawdę czułem się zmęczony i generalnie chciałem być już na mecie. Mimo wszystko nadal zdarzają się momenty kiedy wyprzedzając innych biegaczy słyszymy za sobą “Chłopaki, skąd Wy macie jeszcze energię?”.

sudecka setka trasa ultramaraton

 Dominika chwila zadumy nad trasą

Kilometry dłużą się już niemiłosiernie i z utęsknieniem czekamy na punkt kontrolny na 86 km. Tu sceny trochę jak u Bareii – punktem zarządza oddział miejscowych strażaków z OSP. Środek lasu, panowie grzecznie pytają co podać, pomagają w nalaniu wody, herbaty, częstują rodzynkami i bananem. Potem pada pytanie czy może chcemy napić się czegoś “mocniejszego” ;) Ktoś wyciąga gitarę, zaczyna śpiewać. SIEKIEREZADA normalnie. Tu spotykamy Arka, który wyszedł nam na spotkanie. Na punkt dobiegają kolejni zawodnicy, my nie chcemy dać się za bardzo wyprzedzić, więc z wielkim już trudem ruszamy dalej. Nie jest łatwo, bo znów cały czas pod górę. Motywujemy się mówiąc sobie, że przecież do mety jest jeszcze tylko 14 km, dystans, który normalnie w Wawie jest ultra lekkim treningiem. Po drodze mijamy świeżo wybudowany paśnik dla zwierząt. Super! – ktoś by pomyślał – problem w tym, że zbudowano go zaraz przy ambonie myśliwskiej!!!!! Krew mnie zalewa! Potem Aro mówi, że tam zaraz w dole jest już pomiar czasu na 91 km. T`o daje nam sił. Zbiegamy szybko łąkami, gdzięś w duszy czuję już finisz, nawet wizualizuję sobie medal na szyji.  Po punkcie 91 km kiedy mamy ochotę żeby przyśpieszyć (szybciej biegniesz, szybciej kończysz), a tu zaczynają się górki. Jesteśmy rozczarowani, bo dachy domów Boguszowa-Gorców widać coraz lepiej. :) Po chwili wbiegamy do miasta. Czuję zmęczenie, nie jesteśmy w stanie już biec. Miejskie wzniesienia, którymi prowadzą ostatnie 3 km wyścigu wydają się być Himalajami. Jest cieżko. Biegniemy przez rynek, znów pojawia się Arek i wskazuje gdzie biec, bo jesteśmy zbyt podnieceni perspektywą mety aby szukać strzałek wskazujących trasę. Miasto żyje swoim rytmem, ale mimo to co chwila ktoś nam klaszcze, krzyczy, że niedaleko do mety, strażacy zatrzymują samochody abyśmy mogli spokojnie przebiec przez skrzyżowania. Czuję się trochę jak jakiś bohater. Co chwilę obracamy się za siebie żeby sprawdzić czy ktoś nas nie dogania. Na jakieś 500 m przed metą widzimy za sobą dwóch biegaczy. Zaczynamy więc szybciej finiszować. Nogi bolą i na nasze szczęście koledzy za nami nie podejmują walki:). Jest stadion, widzimy metę – rewelacyjne uczucie, po prostu radość. W głowie huczy myśl, że teraz już na pewno będę mógł ubrać koszulkę “Sudeckiej Setki”. Czas na mecie to 15 h 34 min. Zrobiliśmy 100 kilometrów!

sudecka setka meta

sudecka setka meta ultramaraton

Dominik i Ja (Polsat Biega team) na mecie Sudeckiej Setki. Zdjęcia organizatorów .

Niestety, po chwili powrócił stres, bo okazało się, że datasport.pl, która odpowiadała za chipy i elektorniczny pomiar czasu pomyliła mój chip i generalnie nie sklasyfikowano mnie na mecie. Po kilku dość nerwowych dla mnie chwilach, sprawa zostaje pomyślnie wyjaśniona. Moje nazwisko pojawia się na tablicy wyników. Mimo wszystko byłem dość zniesmaczony tą sytuacją, bo kiedy na 91 km przebiegaliśmy przez ostatnią matę z pomiarem czasu, coś mnie tknęło i nawet obróciłem się do gościa obsługującego punkt i krzyknąłem czy nabił się mój międzyczas. Gość potwierdził, że wszystko było ok. Za 9 km miało się okazać, że nie było.

W czasie biegu nie miałem jakiegoś spektakularnego kryzysu. Wiadomo, im dalej tym było ciężej. Ale nawet przez myśl nie przebiegło mi by się wycofać. Wyobrażałem sobie tylko, że musiałoby mi oderwać obie nogi aby nie dotrzeć do mety. Z drugiej strony nie miałem też za bardzo wzniosłych i emocjonalnych momentów, o których często można czytać na blogach czy innych książkach biegowych. Była ciężka orka, świetne widoki ale mało romantyzmu. Na punktach odżywczych jadłem banany i rodzynki. Z samozaopatrzenia miałem Cliff’y oraz nowe batony Trek, które o dziwo wchodziły mi lepiej niż te pierwsze. Przez pierwsze 60 km w ogóle nie miałem ochoty na żele energetyczne. Potem się z nimi przeprosiłem i w sumie pochłonołem 2 SiS’y. Dobrym pomysłem było wrzucenie zapasowych koszulek na przepaki po 60 km. Zmieniałem je 3 razy, przez co nie czułem się tak brudny i spocony. Oczywiście była to iluzja ale wtedy pomagała.

Cały bieg przetrwalem bez kontuzji, otarć, odcisków czy innych zdartych paznokci (te które miałem stracić, straciłem już kilka lat temu). Prócz ogólnego zmęczenia, tak naprawdę bolały mnie (strszanie bolały) tylko mięśnie czworogłowe.

Przed biegiem planowaliśmy z Dominikiem zejść poniżej 15h. Nie udało się. Teraz, tydzień po zawodach, trochę żałuję, że gdzieś mocniej nie przycieliśmy, że może za długo czasu spędziliśmy na punktach kontrolnych. Ale prawda jest taka, że ja , czyli chłopak z nizin nigdy za bardzo nie powalczy z góralami. Nawet tymi, których metryka pokazuje, że mogliby być moimi dziadkami. Kilkakrotnie mijali mnie lokalni biegacze i biegaczki , którzy “dobijali” 70-tki. No bo gdzie na Mazowszu można trenować do górskich ultramaratonów? Na wydmach w Falenicy lub biegając po kilka godzin w górę i dół Agrykoli? To były moje główne poligony pod 100km. Jest jeszcze sztuczny stok narciarski na górce Szczęśliwickiej …

Kolejna refleksja, która mnie nachodzi jest taka, że już nigdy w ten sam sposób nie spojrzę na oznaczenia poszczegołnych kilometrów na maratonie – 28 km, 36 km, 40 km  …. w czasie Sudeckiej Setki czułem się dość dziwnie mijając oznaczenie 90 kilometra.

sudecka seta kilometry

Muszę powiedzieć, że mimo wtopy z datasport.pl i moim pomiarem czasu, organizacja biegu powaliła profesjonalizmem i oddaniem wszystkich pracujących na trasie. Serce rosło kiedy w nocy dobiegałeś na punkt odżywczy i widziałeś wolontariuszy (prekrój wiekowy od nastu do kilkudziesięciu lat) uwijających się jak w ukropie aby w te kilkadziesiąt sekund dać Ci wszystko czego potrzebujesz. To dla wszystkich z nas było niesamowicie ważne i z tego miejsca, raz jeszcze bardzo wszystkim dziękuję!

Na koniec specjalne podziękowania dla Garmin Polska. Dzięki ich uprzejmości w czasie biegu mogłem przetestować zegarek Garmin Fenix 2, idealne narzędzie dla wszelkiej maści biegaczy ultrasów, triathlonistów, pływaków a nawet narciarzy czy górskich piechurów. Bateria mojej 620’stki nie wytrzymałaby 15 godzin pracy, Fenix2 wytrzymuje nawet do 50 godzin :) Różnica spora. Obiecuję, że wkrótce pojawi się tu recenzja tego zegarka ale już teraz polecam tę zabawkę.

sudecka setka sprzet ultramaraton

Mój sprzęt przed biegiem. Trzeba było być przygotowanym na każdą pogodę

 

 

Paliwo

photo 3

Tydzień temu zrobiłem 2 h wybieganie, wyszło tego ponad 23 km, czyli raczej bez szału. Większość trasy tych moich weekendowych wybiegań prowadzi przez las. Piękna okolica, ale zimą podłoże jest niezwykle wymagające – wszędzie śnieg, a jak nie śnieg to lód. Bardzo cięzko się po tym biegnie – trzeba cały czas walczyć o utrzymanie pionu, a jednocześnie napierać do przodu. Po powrocie z tego treningu stało się coś dziwnego – czułem się gorzej niż po maratonie. Dopadła mnie wszechogarniająca słabość. Od razu wpakowałem się do łóżka i spałem 2h. Po przebudzeniu zadałem sobie pytanie o co chodzi z tym zmęczeniem? Wiem, że dopiero teraz nabieram formy, że od dwóch miesięcy robie przede wszystkim siłę biegową (niestety na szybkość pogoda nie pozwala), ale żeby od razu “tak umierać” po biegu? Chyba lekka przesada. Nic mądrego nie wymyśliłem, za to przypomniałem sobie, że istnieje coś takiego jak żele energetyczne i batony. Nie sięgałem po te specyfiki od wrześniowego Maratonu Warszawskiego, po prostu nie było potrzeby, nie trenowałem aż tak ciężko aby sięgać po tego typu “dopalacze”.

Ale dziś rano, mając cały czas w pamięci ubiegłotygodniową męczarnie, na moje dłuższe wybieganie uzbroiłem się w Cliff Bar’a i żel SIS. Dwa bardzo fajne wegańskie wspomagacze biegaczy. Na trasie skorzystałem tylko z batona ( przede wszystkim dlatego, że ma super smak), który pomógł mi w drugiej części treningu. Z żelu nie skorzystałem, bo nie czułem potrzeby.

Moja rada – czasem dobrze zabrać ze sobą na trenig jakieś koło ratunkowe. Nie trzeba z niego korzystać, wystarczy sama świadomość, że mamy w kieszenie coś co jest w stanie pobudzić nasze pokłady energii, która gdzieś tam jeszcze zalega.

– Żele SIS (ang. Science in Sport) można dostać w każdym lepszym sklepie dla biegaczy. Ja swoje kupuje w Ergo .

– Produkty Cliff Bar są niestety niedostępne w Polsce. Sprowadzam je z UK. Czekam na polskiego importera.