Wracam do gry

Wróciłem wreszcie do treningów po Sudeckiej Setce. Wiem, że od startu w Boguszowie-Gorcach minęly już ponad 3 tygodnie i że powiniennem zacząć biegać już znacznie wcześniej. Ale po prostu nie chciało mi się. Zamiast biegania, robiłem “pompki”, “brzuszki” i ćwiczenia na “core stability”. Dobrą stroną roztrenowania było to, że na pierwszym treningu po prostu chciało mi się biec. Robiłem to z radością, nie było traumy 100 km, rozpamiętywania tamtego bólu i zmęczenia.

zmeczenie sudecka setka ultramaraton

A, jak widać na załączonym obrazku, byłem trochę zmęczony. To zdjęcie (a właściwie screen shot z nagrania kamerą GoPro) zrobił Domink na punkcie żywieniowym 72 km. To był ciężki moment zawodów. Wiedzieliśmy, że się nie wycofujemy, ale bardzo długo zbieraliśmy się w dalszą drogę. Właśnie z myślą o takich momentach na trasę biegu zabrałem ipoda, z którym na treningach właściwie się nie rozstaje. Chciałem żeby muzyka dała mi kopa na ostatnich kilkunastu kolometrach biegu. O dziwo nie skorzystałem z tego. I nie chodzi tu absolutnie o to, że nie chciałem psuć sobie doznań obcowania z przyrodą, czy coś w tym stylu. Po prostu mimo ogólnego zmęczenia i rozdrażnienie, po prostu totalnie nie miałem ochoty na słuchanie muzyki.

Ale w “wigilię” Sudeckiej Setki puściłem zobie najnowszy kawałek Madball’a, który o dziwo bardzo pasowal do tego co miało mnie czekać na sudeckich szlakach i który siedział mi w głowie w trakcie zawodów (nie, nie nuciłem sobie w czasie biegu:)).

W ogóle to w moim przypadku dobór muzyki ma duży wpływ na ostatnie kilometry wszelkich zawodów. Szczególnie maratonów. Mam nawet listę ulubionych kawałków, które ustawiam sobie na metę zawodów.
Iron To Gold – The Power of One
Ignite – Slow Down
Victims – This is the End

Na koniec wklejam linka do mojego nowego wpisu na Fpiec.pl

Sudecka Setka

Strach przed tym biegiem pojawił się dopiero na kilka godzin przed startem. Wcześniej, przez dobrych kilka miesięcy była ciężka treningowa orka, potem kilkugodzinny road-trip w Sudety (na pokładzie Arek, Krzysiek i ja), z postojem we Wrocławiu skąd zabraliśmy Dominika. Śmialiśmy się, że wszystko wygląda jak w jakimś remake’u “Kaca Las Vegas”. Wieczorem spacer, oglądanie meczu, jedzenie, strasznie dużo śmiechu – taki idealny mentalny detox.

W dzień startu próbowaliśmy spać do oporu. Udało się do 11. Potem zaczął się przedstartowy “reisefieber”. Głowa chyba wreszcie zrozumiała na co się porwaliśmy. Mamy przebiec 100 kilometrów!

sudecka setka przepak ultramaratonKoło 17 odbieraliśmy numery startowe w biurze zawodów, godzine później zostawiliśmy też nasze przepaki.

Start biegu nakręcony przez Dominika

Start o 22 z rynku w Boguszowie-Gorcach. Całe miasteczko żegna kilkuset biegaczy, gra jakaś kapela rockowa, a na niebie błyszczą sztuczne ognie. Pierwsze kilometry dość szybkie, w tłumie biegaczy, kilka podbiegów, więcej zbiegów. Las, polany, czasem mijamy jakieś gospodarstwo i kibiców, którzy w środku nocy postanowili wyjść i wesprzeć biegaczy. Jest ciemno, wszyscy biegną w “czołówkach” (swoją drogą niesamowity widok), ale jak na górskie bieganie, wychodzi nam jeszcze dość szybko (średnie tempo 6 min).  W okolicach 33 km zaczyna się kilku kilometrowa, żmudna i dość nudna wspinaczka na Chełmiec. Podchodzimy w grupie kilku biegaczy, zaczyna mocniej padać, a temperatura spada do jakichś 6 st. C. To nie jest fajny moment biegu. Jeszcze nie czuję się zmęczenia w nogach, ale w głowie pojawia się pierwszy kryzys. Na szczecie góry (38 km) punkt odżywczy obstawiony przez harcerzy. Jest ciepła herbata, ktoś częstuje łykiem coli. Czuję,że zaczyna się robić zimo, więc ruszamy szybko w dół na stadion w Boguszowie gdzie dystans kończyć będą maratończycy. Na nas czeka Arek i przepak. 4 km wpadamy na stadion. Dziwne uczucie, bo przebiegamy pod napisem META, wiele osób unosi ręce w geście triumfu, dostają medal, koc … sędzia pyta czy kończymy wyścig, odpowiadamy że nie teraz, ale za kilka godzin planujemy powrót na ten sam stadion, bo w tym miejscu będzie też meta setki. Jest już jasno kiedy wybiegamy ze stadionu  ruszamy w dalszą drogę. Następną rzeczą, którą pamiętam jest lotny punkt sędziowski na 50 km – na rozstaju leśnych dróg stoi małżeństwo z samochodem i rozstawioną na statywie kamerą video. Nagrywają każdego mijającego ich biegacza. W ten sposób upewniają się, że nikt nie oszuka i nie skróci sobie trasy. Potem wejście na Dzikowiec ….  zdecydowanie najcięższa góra całego wyścigu. Podobno miejscami nachylenie wynosi 60%. Mimo że dość ciężkie dla psychiki, nasze nogi jakoś to wytrzymują i właśnie na podejściu na Dzikowiec wyprzedzamy sporo osób. Na szczycie ( 58 km ), zwyczajowo już punkt odżywczy i przepak. Zmieniam koszulkę, piję szybko herbatę, jem Cliff bar’a i cieszę się słońcem. Jestem w szoku, bo widzę jak jeden biegacz odpala peta.

sudecka setka trasa ultramaraton 1

sudecka setka trasa ultramaraton 2

Potem dość męczący odcinek do punktu na 72 kilometrze. Trasa piękna widokowo, niby bez wielkich górek ale czułem już kilometry w nogach i ten fragment trasy trochę mnie wymęczył. Na punkcie 72 km znowu wita nas bufet (herbata, bułki, izo, woda oraz przepak) oraz bus. To taka połowiczna meta. Organizatorzy pozwalają zejść z trasy zawodnikom, którzy nie chcą, bądź nie mają już siły na dalszy bieg. Sędzia pyta się czy biegniemy dalej, my z trochę już mniejszym zapałem odpowiadamy, że przyjechaliśmy na Setkę. Zmiana koszulki, wcinam żel i ruszamy dalej. Nie będę zgrywał twardziela, to była 9 godzina biegu i tu już naprawdę czułem się zmęczony i generalnie chciałem być już na mecie. Mimo wszystko nadal zdarzają się momenty kiedy wyprzedzając innych biegaczy słyszymy za sobą “Chłopaki, skąd Wy macie jeszcze energię?”.

sudecka setka trasa ultramaraton

 Dominika chwila zadumy nad trasą

Kilometry dłużą się już niemiłosiernie i z utęsknieniem czekamy na punkt kontrolny na 86 km. Tu sceny trochę jak u Bareii – punktem zarządza oddział miejscowych strażaków z OSP. Środek lasu, panowie grzecznie pytają co podać, pomagają w nalaniu wody, herbaty, częstują rodzynkami i bananem. Potem pada pytanie czy może chcemy napić się czegoś “mocniejszego” ;) Ktoś wyciąga gitarę, zaczyna śpiewać. SIEKIEREZADA normalnie. Tu spotykamy Arka, który wyszedł nam na spotkanie. Na punkt dobiegają kolejni zawodnicy, my nie chcemy dać się za bardzo wyprzedzić, więc z wielkim już trudem ruszamy dalej. Nie jest łatwo, bo znów cały czas pod górę. Motywujemy się mówiąc sobie, że przecież do mety jest jeszcze tylko 14 km, dystans, który normalnie w Wawie jest ultra lekkim treningiem. Po drodze mijamy świeżo wybudowany paśnik dla zwierząt. Super! – ktoś by pomyślał – problem w tym, że zbudowano go zaraz przy ambonie myśliwskiej!!!!! Krew mnie zalewa! Potem Aro mówi, że tam zaraz w dole jest już pomiar czasu na 91 km. T`o daje nam sił. Zbiegamy szybko łąkami, gdzięś w duszy czuję już finisz, nawet wizualizuję sobie medal na szyji.  Po punkcie 91 km kiedy mamy ochotę żeby przyśpieszyć (szybciej biegniesz, szybciej kończysz), a tu zaczynają się górki. Jesteśmy rozczarowani, bo dachy domów Boguszowa-Gorców widać coraz lepiej. :) Po chwili wbiegamy do miasta. Czuję zmęczenie, nie jesteśmy w stanie już biec. Miejskie wzniesienia, którymi prowadzą ostatnie 3 km wyścigu wydają się być Himalajami. Jest cieżko. Biegniemy przez rynek, znów pojawia się Arek i wskazuje gdzie biec, bo jesteśmy zbyt podnieceni perspektywą mety aby szukać strzałek wskazujących trasę. Miasto żyje swoim rytmem, ale mimo to co chwila ktoś nam klaszcze, krzyczy, że niedaleko do mety, strażacy zatrzymują samochody abyśmy mogli spokojnie przebiec przez skrzyżowania. Czuję się trochę jak jakiś bohater. Co chwilę obracamy się za siebie żeby sprawdzić czy ktoś nas nie dogania. Na jakieś 500 m przed metą widzimy za sobą dwóch biegaczy. Zaczynamy więc szybciej finiszować. Nogi bolą i na nasze szczęście koledzy za nami nie podejmują walki:). Jest stadion, widzimy metę – rewelacyjne uczucie, po prostu radość. W głowie huczy myśl, że teraz już na pewno będę mógł ubrać koszulkę “Sudeckiej Setki”. Czas na mecie to 15 h 34 min. Zrobiliśmy 100 kilometrów!

sudecka setka meta

sudecka setka meta ultramaraton

Dominik i Ja (Polsat Biega team) na mecie Sudeckiej Setki. Zdjęcia organizatorów .

Niestety, po chwili powrócił stres, bo okazało się, że datasport.pl, która odpowiadała za chipy i elektorniczny pomiar czasu pomyliła mój chip i generalnie nie sklasyfikowano mnie na mecie. Po kilku dość nerwowych dla mnie chwilach, sprawa zostaje pomyślnie wyjaśniona. Moje nazwisko pojawia się na tablicy wyników. Mimo wszystko byłem dość zniesmaczony tą sytuacją, bo kiedy na 91 km przebiegaliśmy przez ostatnią matę z pomiarem czasu, coś mnie tknęło i nawet obróciłem się do gościa obsługującego punkt i krzyknąłem czy nabił się mój międzyczas. Gość potwierdził, że wszystko było ok. Za 9 km miało się okazać, że nie było.

W czasie biegu nie miałem jakiegoś spektakularnego kryzysu. Wiadomo, im dalej tym było ciężej. Ale nawet przez myśl nie przebiegło mi by się wycofać. Wyobrażałem sobie tylko, że musiałoby mi oderwać obie nogi aby nie dotrzeć do mety. Z drugiej strony nie miałem też za bardzo wzniosłych i emocjonalnych momentów, o których często można czytać na blogach czy innych książkach biegowych. Była ciężka orka, świetne widoki ale mało romantyzmu. Na punktach odżywczych jadłem banany i rodzynki. Z samozaopatrzenia miałem Cliff’y oraz nowe batony Trek, które o dziwo wchodziły mi lepiej niż te pierwsze. Przez pierwsze 60 km w ogóle nie miałem ochoty na żele energetyczne. Potem się z nimi przeprosiłem i w sumie pochłonołem 2 SiS’y. Dobrym pomysłem było wrzucenie zapasowych koszulek na przepaki po 60 km. Zmieniałem je 3 razy, przez co nie czułem się tak brudny i spocony. Oczywiście była to iluzja ale wtedy pomagała.

Cały bieg przetrwalem bez kontuzji, otarć, odcisków czy innych zdartych paznokci (te które miałem stracić, straciłem już kilka lat temu). Prócz ogólnego zmęczenia, tak naprawdę bolały mnie (strszanie bolały) tylko mięśnie czworogłowe.

Przed biegiem planowaliśmy z Dominikiem zejść poniżej 15h. Nie udało się. Teraz, tydzień po zawodach, trochę żałuję, że gdzieś mocniej nie przycieliśmy, że może za długo czasu spędziliśmy na punktach kontrolnych. Ale prawda jest taka, że ja , czyli chłopak z nizin nigdy za bardzo nie powalczy z góralami. Nawet tymi, których metryka pokazuje, że mogliby być moimi dziadkami. Kilkakrotnie mijali mnie lokalni biegacze i biegaczki , którzy “dobijali” 70-tki. No bo gdzie na Mazowszu można trenować do górskich ultramaratonów? Na wydmach w Falenicy lub biegając po kilka godzin w górę i dół Agrykoli? To były moje główne poligony pod 100km. Jest jeszcze sztuczny stok narciarski na górce Szczęśliwickiej …

Kolejna refleksja, która mnie nachodzi jest taka, że już nigdy w ten sam sposób nie spojrzę na oznaczenia poszczegołnych kilometrów na maratonie – 28 km, 36 km, 40 km  …. w czasie Sudeckiej Setki czułem się dość dziwnie mijając oznaczenie 90 kilometra.

sudecka seta kilometry

Muszę powiedzieć, że mimo wtopy z datasport.pl i moim pomiarem czasu, organizacja biegu powaliła profesjonalizmem i oddaniem wszystkich pracujących na trasie. Serce rosło kiedy w nocy dobiegałeś na punkt odżywczy i widziałeś wolontariuszy (prekrój wiekowy od nastu do kilkudziesięciu lat) uwijających się jak w ukropie aby w te kilkadziesiąt sekund dać Ci wszystko czego potrzebujesz. To dla wszystkich z nas było niesamowicie ważne i z tego miejsca, raz jeszcze bardzo wszystkim dziękuję!

Na koniec specjalne podziękowania dla Garmin Polska. Dzięki ich uprzejmości w czasie biegu mogłem przetestować zegarek Garmin Fenix 2, idealne narzędzie dla wszelkiej maści biegaczy ultrasów, triathlonistów, pływaków a nawet narciarzy czy górskich piechurów. Bateria mojej 620’stki nie wytrzymałaby 15 godzin pracy, Fenix2 wytrzymuje nawet do 50 godzin :) Różnica spora. Obiecuję, że wkrótce pojawi się tu recenzja tego zegarka ale już teraz polecam tę zabawkę.

sudecka setka sprzet ultramaraton

Mój sprzęt przed biegiem. Trzeba było być przygotowanym na każdą pogodę

 

 

Sobota

Jutro maraton w Łodzi. Ruszamy wcześnie rano i kibicujemy Dominikowi i Maćkowi (trenera) oraz tysiącom innych maratończyków. Na 34 km spróbuję “dołączyć” do Dominika i na tych ostatnich kilometrach zmotywować do ostatecznego wysiłku.

Transmisje z łódzkiego maratonu od rana w Polsat News. Potem na Euro Sport transmisja z Londynu, a tam maratoński debiut Mo Farah.

Maratony w Łodzi i Londynie łączy to, że biegacze prócz walki na 42195 metrach, mogą pomóc w zbiórce pieniędzy dla tych, którzy o maratonie i innych dyscyplinach sportowych, mogą tylko pomarzyć. Dominik podjął to dodatkowe wyzwanie i jutro pobiegnie dla Dawida z Gdańska, który cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Straszna choroba. Cel to uzbierać 1000 PLN. Ale niech akcja nie skończy się na tej sumie. Na zakup specjalistycznego wózka potrzebne jest jeszcze ponad 20 tysięcy PLN. Każdy może pomóc, proszę podarujcie choćby drobną sumę. Pamiętajcie, że zbiórka nie kończy się po uzbieraniu 1000 PLN (do tego brakuje już naprawdę niewiele). Proszę, przekażcie to info dalej.

Podjechałem wczoraj na expo Orlen Marathon. Tak z ciekawości, bo przecież nie biegnę tam jutro. Szczerze pisząc wyglądało to dość smutno – świetne zaplecze, meta, start, prysznice, hale na expo i biuro zawodów – ale stoiska dla biegaczy można było policzyć na palcach jednej ręki. Po prostu pustka. Wszędzie wiele osób z obsługi, ale biegaczy nie za wiele. Tak jakby bogaty dzieciak zaprosił wszystkich na imprezę, ale nikt się nie pojawił ;) Nie wiem, to był piątek wieczór, wyobrażam sobie, że dziś i jutro może być tam o wiele tłoczniej. Ale  po prostu czuje się tam, że tej imprezy nie organizują biegacze tylko ludzie którym bliżej do zawodów typu Verva Racing. No i ta zajawka, że jesteśmy największą imprezą biegową w Polsce. Sorry, w biegu na 42195 m nie biegnie porażająca liczba zawodników, a maraton to maraton, wyścig na 10 km, który organizator dodaje do frekwencji to zupełnie inna bajka. Nie chcę żeby ktoś wziął mnie za wroga tego maratonu, naprawdę dobrze życzę  OWM, w zeszłym roku byłem nawet , ramię w ramię z innymi vege runnersami, wolontariuszem na stacji z napojami na  40 km.

Na koniec widok z jednego z moich ostatnich treningów. Uwielbiam las, bieganie wśród przyrody ale doceniam też świeżo wylany asfalt i brak samochodów :)

bieganie warszawa wawer

Don’t forget the struggle, don’t forget the streets 

Jak pech to pech

Pamiętacie pewnie jak nie wylosowali mnie na “Rzeźnika”. Jakoś to przebolałem. Nowym celem i wyzwaniem był powrót sierpniowy na trasę Chudego Wawrzyńca (80+km). Niestety, biegi ultra chce w Polsce biegać coraz więcej osób. Limit 700 osób na Wawrzyńca został przekroczony, organizatorzy zapowiedzieli losowanie, w którym oczywiście odpadłem :). Ze względu na moje “szczęście” chciałem zagrać w Totka (kumulacja 25 mln.) Też się nie udało. Nie miałem gotówki, a w Promenadzie jak na złość wysiadły wszystkie bankomaty. Welcome to my life :). Oczywiście nie poddaję się jeśli chodzi o ultra. Dominik (którego wylosowali na Wawrzyńca, ale solidarnie rezygnuje z biegu) wymyślił taki plan:

czerwiec – Sudecka Setka
lipiec – Adventure Run

Jeśli chodzi o trening to tu jest akurat dobrze. Od kilku tygodni pracuję nad szybkością. Robię przede wszystkim tempówki (a mniej klasycznych interwałów). Plan wygląda tak – pon – wolne, wt – szybkość, śr – recovery run, czw – szybkość lub siła, pt – wolne, sobota – wolno + przebieżki, nd – długie wybieganie. Czuję, że są postępy ale wszystko i tak wyjdzie w praniu, czyli na zawodach.  Pierwsze już za 2 tygodnie we Wiązownej.

Na koniec krótki film o bieganiu i macieżyństwie:

Przy okazji polecam WegeMaluch , portal i sklep internetowy dla wegetariańskich/wegńskich dzieci i rodziców. Zaopatruje się tam m.in. w ekologiczną chemię :)

zdrada biegowych ideałów ;)

photo 26

Jestem w stanie biegać po najgorszym mrozie, ale nie cierpię ślizgawki i zawalonych błotem śniegowym chodników. Po ostatnim niedzielnym wybieganiu, które trwało ponad 2h:15 min. , a w czasie którego udało mi się zrobić tylko 22 km, doszedłem do momentu kiedy trzeba było coś zmienić. Do maratonu zostało mi 6 tygodni; szybkości nie da się robić w takich warunkach i dlatego postanowiłem zdradzić i zrobić trening na bieżni mechanicznej.

Na bieżni ostatni raz biegałem chyba z 10 lat temu, kiedy chciałem się odchudzić i dlatego częściej odwiedzałem siłownię. Nie wspominam tego dobrze i kojarzy mi się przede wszystkim z bóle kolan i nudą.

Nie jest też tajemnicą, że panuje, trochę nieładne i nieprawdziwe, przekonanie, że biegacze, którzy w zimę uciekają pod dach nie są prawdziwymi twardzielami, bo boją się zimna, kontuzji, itp. Przyznam się bez bicia, niejednokrotnie wypowiadałem podobne opinie.

Teraz mogę się przyznać. W poszukiwaniu szybkości, kardio, itp , sam uciekłem pod dach. Założenia treningu dość ambitne. 30 min wolno (5.20 – 5:00) – 20 min szybko (4.45 – 4.30)  – 7 min wolno (5:20) – 20 min szybko  (4:45 – 4.30) – 10 min wolno (5:10). 87 minut biegania i na liczniku ponad “17 km”, plan calkowicie zrealizowany. Dodatkowo aby zbliżyć się do warunków naturalnych, ustawiłem nachylenie bieżni na 1%. Założyłem i zaprogramowałem swojego Garmina 620 (ustawiłem tempa, czas, itp). To niestety okazało się błędem. Czujnik prędkości znajdujący się w nowym pulsometrze dołączanym do nowych Garminów, mijał zupełnie z rzeczywistością wyświetlaną na bieżni. Średnio tempo wg odczytu bieżni było blisko o minutę szybsze od odczytu zegarka. W 620’ce nie ma szans na kalibracje czujnika z zegarkiem. Wszystko powinno dziać się automatycznie, a niestety w rzeczywiści prezentuje się to dość słabo. Następnym razem sobie to odpuszczę i zostawię tylko funkcję pulsometra.

Generalnie jestem zadowolony z “treningu w miejscu”. Przede wszystkim nieźle się zmęczyłem ( a o to chodziło), a dzięki temu poprawiłem wiarę w moją wydolność oddechową:)  Warto jeszcze zwrócić uwagę na zagrożenia związane z treningiem na bieżni mechanicznej – po pierwsze trzeba być cały czas skoncentrowanych na 100%. Przy dłuższych i szybszych treningach chwila nieuwagi może zakończyć się utratą równowagi i upadkiem. Monotonia to druga sprawa – niedość że się męczysz biegnąc w miejscu, to jeszcze nudzisz się niesamowicie, a czas płynie strasznie wolno.  Muzyka w uszach to chyba jedyne udogodnienie, bo ani oglądać tv ani czytać gazety się nie da.

A dziś wieczorem jeszcze 60 min na wolno. Już nie w miejscu, a na śniegu.

Niedziela

photo 1

Tak było wczoraj – kolejna edycja ścigania w Falenicy. 10 km po górkach, wydmach (ach ten piach). Czas (wg. mojego zegarku) to 50 min 23 sek. Pogoda jeszcze lepsza niż 2 tygodnie temu. Chyba powinno zmienić nazwę imprezy na “Wiosenne Biegi Górskie”. Sam bieg ok, nie napinałem się. Przez cały bieg nie patrzyłem w ogóle na zegarek – teraz trochę żałuję, bo pewnie przyśpieszyłbym na końcu i złamał 50 minut. 

photo 2

A tak jest dzisiaj. Regeneracja po zawodach, czyli roller + udawanie, że wiem o co chodzi w jodze :). Bieganie dziś sobie odpuszczam. Od kilku dni boli mnie stopa, więc dam jej odpocząć. 

Garmin 620

ObrazekObrazek

Mam już za sobą pierwszą przebieżkę z nowym zegarkiem (trening dość krótki bo jutro zawody w Falenicy). Dłuższą recenzję Garmina 620 napiszę za jakiś czas – dziś tylko kilka spostrzeżeń, tak na gorąco:

-zegarek jest strasznie lekki, całkowicie plastikowy. W porównaniu do Garmina 610, 620′tka wydaje się być jak zabawka. Na początku trochę mi to przeszkadzało, po kilku chwilach z zegarkiem na ręku przyzwyczaiłem się do nowego.

-obsługa zegarka, konfiguracja z siecią wifi i kontem Garmin Connect jest banalnie prosta.

-live tracking, po “zesparowaniu” z iphone’m, działa idealnie. Cała operacja jest strasznie prosta i nie trzeba czytać żadnego manuala. To właśnie ta nowa funkcja była głównym powodem dla którego przesiadłem się na ten model zegarka. Dzięki aplikacji Garmin Connect i połączeniu z 620’tką przez blootooth, wybrane osoby (jest opcja dzielenia się przez FB i Twitter’a) mogą w czasie rzeczywistym śledzić nasz bieg na mapach Garmin’a. Niezwykle pożyteczne narzędzie, które może stać się sposobem na pogodzenie życia rodzinnego z bieganiem. Wreszcie wszystkie biegaczki i biegacze będą mogli uniknąć pytań typu ”gdzie biegniesz?”, “kiedy wracasz?”. Przed wyruszeniem na trening wystarczy podesłać swojej drugiej połowie link to transmisji, a ta będzie wiedziała (i przede wszystkim widziała) gdzie i jak szybko biegniemy i jak daleko jesteśmy od domu. Swoją drogą jestem też sobie w stanie wyobrazić minusy tego rozwiązania :).

– Gdyby nie okazja (super promocja w brytyjskim e-sklepie Garmina) i przyszła “amortyzacja” kosztów sprzedażą “starej” 610’tki, pewnie nie zdecydowałbym się na ten  zegarek i dalej biegał z tym co mam.