Szczawnica i cała reszta

Pod koniec kwietnia biegłem “Niepokornego Mnicha”, czyli najdłuższy dystans Biegów w Szczawnicy. Było jak zawsze – po zapisaniu się na zawody czułem typową ekscytację i sporą dawkę motywacji, na 2 tygodnie przed ślubem wybrałem się nawet do Szczawnicy na “zwiad trasy” i chwilę samotnej refleksji nad życiem. Było świetnie, potem polecieliśmy na blisko miesiąc do Australii i tam plan treningowy zupełnie mi siad. Oczywiście coś tam trenowałem, ale powiedzmy sobie szczerze – słabe to było. Tak naprawdę dopiero w połowie lutego zacząłem poważniejsze przygotowania do “Mnicha”, wybiegania sporo ćwiczeń siłowych na nogi mobility i brzuch. Wszystko w domu przed telewizorem, na macie do jogi.

przepak przelecz gromadzka niepokorny mnich

Przepak na Przełęczy Gromadzkiej

Mimo że teoretycznie był to najtrudniejszy ultramaraton w jakim dotychczas startowałem, o dziwo biegło się super. Nie miałem większych kryzysów. Przy pierwszym podbiegu do Schroniska na Przechybia (to biegliśmy jeszcze po ciemku), zacząłem odczuwać ból kolana i stopy. Trochę spanikowałem, ale wyłączyłem myślenie i o bólu przypomniałem sobie dopiero na mecie. Poza tym, oczywiście, odczuwałem duże zmęczenie miałem jednak w głowie słowa organizatorów z odprawy przed zawodami – nie poddawajcie się na przepaku na 44 km (podobno najwięcej biegaczy wysypuje się właśnie na Przełęczy Gromadzkiej, gdzie zlokalizowany jest punkt kontrolny i jedyny przepak na trasie), bo potem, tam na Słowackiej stronie jest trochę lżej. I rzeczywiście, u naszych południowych sąsiadów górki były jakby mniejsze, a widoki (na Tatry) znacznie fajniejsze.

profil trasy niepokorny mnich

trasa Niepokornego Mnicha do kieszeni

Na “Mnichu” przewyższenia były naprawdę spore, w sumie blisko + –4400m, przebiegłem bo po prostu zafiksowałem się, skupiłem i można powiedzieć, że większość wyścigu biegłem bardziej głową niż nogami. Nie powiem, podejścia nie szły mi zbyt dobrze. Nadrabiałem na zbiegach i płaskim. Nowością (i tym co mnie przerażało najbardziej przed biegiem), był fakt, że biegłem solo. Na kilka tygodni przed startem, Dominik czyli mój “partner in crime” złapał kontuzję po Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim (właściwie wychodzi z tego do dziś). Taki bieg wymagał zupełnie innego nastawienia w głowie, niż w czasie wcześniejszych ultra. Na szczęście byłem w stanie tego dokonać. Jakimś sposobem na to był bieg z muzyką, coś czego na ultra nigdy dotąd nie próbowałem. W Pieninach sprawdziło się i pomogło wytrzymać godziny na trasie.

niepokorny mnich trasa garmin

zrzut trasy z Garmin Connect

Moim celem na Szczawnicę było zmieścić się w limicie czasu (17h). Na mecie miałem ponad 30 min zapasu. Garmin pokazał ponad 100 km. Nie czułem się jakoś na maksa wyczerpany, bez problemu, choć z pomocą Ewy, doczłapałem do hotelu.

Processed with VSCO with g3 preset

na mecie Mnicha

A już 17 sierpnia startuję w Kaszubskiej Poniewierce. To dla mnie trochę powrót do źródeł, do czasów młodości. Start w Wieżycy i meta w Sopocie. 100 km przez Kaszubskie pojezierze i lasy. Coś pięknego, bo to tereny które znam od dziecka. Spędziłem tam wiele czasu z rodzicami, a potem z harcerzami – przez co czuję, że wracam do siebie.

12552455_513789148793407_1679828893_n

strasznie mi się podoba logo Kaszubskiej

Kaszubska Poniewierka wygląda na dość kameralną imprezę, organizowaną przez przyjaciół-zapaleńców. Już nie mogę doczekać się startu, szczególnie, że liczę na doping i wsparcie najbliższych. Przecież to prawie jak powrót do domu!

W sierpniu wybieramy się na urlop. Szczerzę mówiąc bez konkretnych planów na wyjazd. Jak co roku przylatuje do nas Ash z Australii i w sumie jest taki pomysł, żeby pojechać do Białowieży (póki jej minister Szkodnik nie wytnie) i nad morze .. pokazać chłopakowi północnej Polski, bo na razie zwiedzaliśmy razem południe, centrum i zagranicę.

Advertisements

Grudzień 2015

Oj sporo się ostatnio działo w moim życiu. Samo dobro, można napisać. Ale po kolei.

Zostałem wylosowany (razem z Dominikiem) na “Niepokornego Mnicha”, który wystartuje kwietniu 2016 roku. 96 km po Pieninach (polskich i słowackich), + 4000/4000 m przewyższeń i 17h limitu. Wszystko w ramach Biegów w Szczawnicy. Zapowiada się moje największe wyzwanie biegowe. Z tej okazji stwierdziłem, że z tej okazji zrobię coś czego nigdy, w mojej biegowej karierze, wcześniej nie robiłem. Pojechałem potrenować w góry. Co więcej, to był wyjazd solo. Wiedziałem, że czekają mnie nowe wyzwania, dlatego chwila samotności, dystansu do wszystkiego + kontakt z naturą, po prostu miała mi dobrze zrobić. I zrobiła.

Pojechałem do Szczawnicy, skąd startuje i “metuje” Niepokorny Mnich. Zrobiłem dwa treningi – najpierw sprawdziłem pierwszy podbieg wyścigu do schroniska na Przechybę,

szczawnica przehyba bieganie garmin

Na Przehybę

drugi na Słowacji ze słynnym już ostatnim odcinkiem wyścigu, zwanym “próbą charakteru”.

szczawnica pieniny slowacja bieganie garmin

Na Przehybę

Z dwóch treningów wyszło blisko 50km. Było super – zimno, górsko, trochę śnieżnie i samotnie.

pieniny zachod slonca bieganie

Pieniny

Przehyba bieganie

Widok ze schroniska na Przehybie, widać Tatry

pieniny slowackie tatry bieganie

widok na Tatry

W Szczawnicy, Pieninach, byłem pierwszy raz. Bardzo ładne, prawie wyludnione o tej porze roku, uzdrowisko. W lato musi być tam niezły tłok. Tras do biegania bez liku, szlaki w miarę dobrze oznaczone, zasięgu GSM raczej pod dostatkiem. Do planowania tras i orientacji, używałem świetnej strony  mapa-turystyczna.pl  Polecam wszystkim. Szkoda, że ich apka dostępna jest tylko na Android’a.

Jeśli chodzi o sprzęt, to również i w tej materii pojawiły się nowości. Wypad w Pieniny był świetnym pretekstem do przetestowania nowych gadżetów biegowych. Zamiast Cascadii Brooks’ów, zabrałem ze sobą Inov8  Roclite 280. Cascadie nie wytrzymały trudów Łemkowyny. Na oby butach (Cascadia 10), w tym samym miejscu, pojawiły się wielkie dziury, przetarcia. Na szczęście producent uznał moją gwarancję. Na góry zakupiłem Roclite 280 (rewelacja – bałem się ich minimalizmu, odchudzeni i wszystkiego innego z czego znany jest Inov8, ale strachy na lachy – to wszystko są zalety tego buta!), a w ramach gwarancji Brooks’a, Cascadie 10 wymieniłem na świetny Pure Cadence 4. Świetnie sprawdziła się również kurtka Kurtka Inov-8 Raceshell 220. Zrobiłem już w niej Łemkowynie, ale dopiero w Pieninach mogłem ją sprawdzić w zróżnicowanych warunkach pogodowych.

wodoodporne skarpety dexshell bieganie

Ale odkryciem roku i tak będą skarpety Dexshell. Wodoodporne, membranowe, skarpety do biegania. Świetnie sprawdzają się w terenie, pasują na stopę z butem terenowym. Normalnie odkrycie roku. Kiedy odpakowywałem przesyłkę i po raz pierwszy dotknąłem dexshell’i, byłem trochę zdziwiony tym co kupiłem. Na pierwszy rzut oka (i czucia) wydaje się, że są zrobione z pianki i , że nie zmieszczą się do buta. Ale to tylko odczucie, na stopie pasują naprawdę świetnie i w ogóle poprawiają totalnie komfort biegania po śniegu. W kontakcie z wodą, śniegim odczuwa się zimno, ale po chwili ono mija i zostaje sucha stopa. Nawet na drugi dzień, kiedy na suche skarpety zakładałem kompletnie mokre buty, nie było to żadnym problemem. Pamiętajcie tylko, aby do biegania kupić te najcieńsze (i najtańsze) skarpety. Tylko jeden, ten biegowy, model jest wegański. Resztę zrobiono z wełny, a to nam się nie podoba. Swoją drogą to te skarpety są świetnym rozwiązaniem dla “problemu” wegańskich zimowych butów. W tym sprzęcie to możecie nawet w szmacianych vansach zimą chodzić i będzie Wam sucho i ciepło.

Tu znajdziecie fajny test dexshell’a. 

Wypad w góry okazał się świetnym początkiem przygotowań do nowego sezonu biegowego i dobrym mentalnym restartem. Szczerzę pisząc, nie mam pojęcia jak będzie on wyglądał. Wiem, że na wiosnę nie pobiegnę (po raz pierwszy od kilku sezonów) maratonu ulicznego. Jeśli chodzi o szosę, to jak na razie planuję start w gdyńskim półmaratonie. Nie mogę/nie chcę przegapić premierowego półmaratonu w moim rodzinnym mieście.

A na koniec taka fotka, która niech wytłumaczy po co mi było to całe wyciszenie, skupienie i trochę samotności, itp ;). IMG_4417

Jesień 2015

Łemkowyna Ultra Trail race kit

Łemkowyna Ultra Trail Race Kit

W weekend przebiegłem ostatnie zawody w tym sezonie. Biegłem w Łemkowynie, 70 km w Beskidzie Niskim, między Chyrową a Komańczą. Świetna, bardzo malownicza trasa i jeszcze lepsza organizacja biegu. Czas 11 h 21 min do najlepszych zdecydowanie nie należał, ale nie mieliśmy z Dominikiem ochoty na napieranie. Celem było dotarcie na metę we względnie dobrej formie. Wszystko się udało. Jestem z tego szczególnie zadowolony, ponieważ przed biegiem miałem tygodniową pauzę. Dopadł mnie jakiś jesienny wirus i po prostu nie byłem w stanie trenować. Jeszcze w piątek, jadąc do Chyrowej, czułem się dość słabo. Dopiero wizyta w biurze zawodów, wyzwoliła we mnie adrenalinę, która postawiła mnie na nogi.

Łemkowyna Ultra Trail meta finish

nogi i medal na mecie

Sama trasa baaardzo błotnista. Przy zbiegach wymagało to maksymalnej koncentracji, bo o upadek było łatwiej niż zwykle. Oznakowanie biegu świetne, chyba tylko raz, biegnąc już ostatnie, leśne kilometry w totalnej ciemności, z niecierpliwością wypatrywałem taśmy oznaczającej drogę.

profil trasy Łemkowyna Ultra Trail Garmin Fenix3

profil trasy Łemkowyna Ultra Trail Garmin Fenix3

beskid niski Łemkowyna Ultra Trail

Piękne okoliczności przyrody

Jeszcze trochę o organizacji zawodów – obsługa i posiłki na punktach kontrolnych, pierwsza klasa. Miałem to czego nie było na Rzeźniku, czyli suszone owoce, banany i pomarańcze. Dodatkowo na 40 km w Puławach Górnych czekała na mnie wegańska zupa dyniowa, a na mecie w Komańczy posiłek regeneracyjny w postaci wegańskich pierogów i wegańskiego żurku. Co ciekawe i fajne, wegańska opcja była jedyną oferowaną wszystkim biegaczom ;) Nie słyszałem aby ktoś narzekał.

Wegańskie pierogi i żurek na mecie

Wegańskie pierogi i żurek na mecie

W czasie wyjazdu mieszkaliśmy w Mszanie w ośrodku Agroturystyka bez barier. 4 km od Chyrowej, blisko Dukli, Inowicza-Zdrój i wszystkich innych atrakcji, które te rejony mają do zaferowania. Świetna baza na wypady biegowe i nie tylko. Dom dostosowany do potrzeb osób niepełnpsprawnych i niewidomych.

vegan runners maraton warszawski 2015 polska

A wcześniej, bo pod koniec września przebiegłem Maraton Warszawski. Treningowo, bo zbyt wiele pod niego nie trenowałem. Zrobiłem 3h45 min (o ponad kwadrans gorzej od życiówki),a po zawodach wróciłem do domu i skosiłem trawnik. To miał być trening/dłuższe wybieganie przed górskim Łemkowyną. Skusiłem się na Warszawę przede wszystkim dlatego, że zgodnie z zapowiedzą organizatorów, był to ostani MW z metą na Narodowym. Wielka szkoda, bo ten finisz był magnezem, który przyciągał biegaczy do Warszawy. Uwielbiałem tę końcówkę, dlatego wbiegałem tam 4x. Poza tym organizacja Maratonu Warszawskiego jest po prostu świetna. Wydaje mi się, że dzieje się tak również dzięki całej infrastrukturze, którą dostarczał Narodowy. Niestety, Orlen Maraton z niskimi opłatami startowymi, okazał się bardziej atrakcyjny i w 2015 okazał się najpopularniejszym biegiem maratońskim w Polsce.

Teraz przychodzi czas na roztrenowanie i robienie pompek, brzuszków i innych wygibasów. O bieganiu nie zapominam, mimo że w najbliższych tygodniach i miesiącach czeka mnie sporo życiowych atrakcji. Także sportowych.

Bieg Rzeźnika

Bieszczady są super. I wcale nie takie niskie jak ludzie mówią. Szkoda, że przekonałem się o tym dopiero po 36 latach od urodzenia. Przez lata mieszkałem w Australii, potem na Borneo, zwiedziłem najdalsze zakątki świata, a w nasze Bieszczady nigdy nie dotarłem. Jak nic należała mi się pokuta, dlatego na początku czerwca stanąłem na starcie Biegu Rzeźnika w Komańczy. Razem z Dominikiem przebiegłem 77 km i po ponad 15,5h zameldowałem się na mecie w Ustrzykach Górnych.

bieszczady kozy

Bieszczady 2015

bieg rzeznika niedzwiedz komancza

Taka tablica 40 metrów od naszej kwatery

W Bieszczady przyjechaliśmy dwa dni przed startem. Moi rodzice z Gdyni, Ewa, Marzena, córki Dominika i ja z Waraszwy. Wynajęliśmy dom niedaleko Komańczy i próbowaliśmy trochę odpocząć po ciężkim tygodniu. Czwartek spędziłem leżąc na karimacie pod drzewem, drzemiąc i czytając książkę na przemian. Ideał. Wieczorem wypad do Cisnej do biura zawodów po numer, oddanie rzeczy na przepaki i odprawę.

Polsat Biega bieg rzeznika

Polsat Biega team. Biuro zawodów w Cisnej. Jeszcze uśmiechnięci. W tych zawodach startuje się w dwuosobowych zespołach

cisna przepak bieg rzeznika

Cisna przepak

Start o 3 rano z Komańczy, zawieźli nas moi rodzice. Tej nocy spałem jakąś godzinę. Temperatura ok 8 stopni, opadów zero. Atmosfera niesamowita. 1400 biegaczy, tyle samo latarek czołówek (co świetnie widać na filmie), normalnie same ultrasy. Start i pierwsze 6 km po bieszczadzkim asfalcie, aż do wejścia na czerwony szlak, z którego (z dwoma wyjątkami) mieliśmy zejść dopiero na mecie w Ustrzykach Górnych. Pierwszy etap do Cisnej (32 km) zrobiliśmy w 4h25 min godziny. Ten odcinek biegło nam się dość dobrze. Górki jeszcze do zniesienia, zmęczenia nie było, humory dopisywały. Zaliczyłem wprawdzie jedną wywrotkę na zbiegu, ale na szczęście poleciałem na jakieś liście i nic nie poczułem. Na przepak w Cisnej wbiegamy już w pełnym słońcu. Jest po 7 rano, jeszcze nie jest gorąco ale coś mnie tknęło i na przepaku poprosiłem kogoś o użyczenie kremu do opalania. Lubię myśleć, że w pewnym sensie uratowało nam to później życie. Z przepaku wybiegamy już z kijami (dopiero stąd można było sobie nimi pomagać) Potem już wedle zasady, im dalej tym gorzej. Do kolejnego przepaka w Smerku mieliśmy 24 km. Zaczął doskwierać upał, podejścia na ponad 1000 metrów. Na punkcie w Smerku już pełne lato. Ukrop z nieba i pojękiwania innych ultrasów, że dopiero teraz zaczynają się prawdziwe górki. Rzeczywiście, zaczęły się srogie podejścia + turyści na szlaku, którym trochę uprzykrzaliśmy życie, bo musieli cały czas schodzić nam z drogi. Na szczęście nikt nie miał do nas z tego powodu żalu, a nawet mogliśmy liczyć na ich doping. A w okolicach Osadzkiego Wiercha widziałem bieszczadzką żmiję. Takie spotkanie było moim marzeniem z dzieciństwa. Na szczęście prawdą jest, że te małe zwierzątka nie szukają zwady i wolą schodzić z drogi. bieg rzeznika panorama bieszczady bieg rzeznika bieszczady

Prawdziwy kryzys zaczął się po ostatnim punkcie kontrolnym w Berehach Górnych. Tu nawet dyżurująca pielęgniarka zwróciła uwagę, że coś słabo wyglądam (swoją drogą, jak  sama mówiła, miała za sobą kilka startów w poprzednich edycjach Rzeźnika;)). Do mety było mniej niż 10 km, ale czekała na nas Połonina Caryńska, czyli najgorsze podejście wyścigu (1297 m n.p.m). Dla mnie w tym miejscu zaczęło się prawdziwe ultra – mój organizm nagle przestał działać. Jeszcze przed wyjściem na połoninę zupełnie mnie odłączyło. To nie był ból mięśni, nóg czy problemy z oddychaniem, krążeniem. Po raz pierwszy w życiu nie miałem po prostu siły zrobić następnego kroku. Robiłem 20-30 kroków i zatrzymywałem się, bo mózg nie był w stanie zmusić nóg do kolejnego ruchu. To nie była zwykła maratońska ściana, gdzie wpada się w jakieś otępienie, a czasem nawet traci kontakt z rzeczywistością. Tu byłem totalnie świadom tego jak się czuję i chyba właśnie dlatego tak teraz to przeżywam i analizuję. Dominik zastosował metodę “step by step” czyli wskazywał mi kolejny cel do którego mam dotrzeć… jakiś krzak, kamień, drzewo. Wszystko oddalone od siebie o jakieś 30 metrów max. Po pewnym czasie takiej walki zacząłem nerwowo patrzeć na zegarek. Traciliśmy czas i na poważnie zacząłem się martwić o limit czasu. Picie już nie pomagało, a na samą myśł o kolejnym żelu czy batonie, zbierało mi się na wymioty. W akcie desperacji, Dominik polał mi głowę mieszanką izo + woda (ze zdecydowaną przewagą h2o), która została w jego bidonie. Tu przydażyła się sytuacja, która na długo zapadnie mi w pamięć. Mijający nas biegacz, zobaczył, że Dominik wylewa na mnie jakąś żółtą ciecz, zaproponował swoją wodę. Widziałem, że dla mnie opróżnił swoją ostatnią butelkę i mimo moich protestów nalał na głowę. Gest który naprawdę znaczył dla mnie wiele, bo miałe przed sobą jeszcze trochę kilometrów w słonecznym skwarze. Nie pamiętam jak się ów jegomość nazywał, jaki miał numer startowy czy z jakiej biegł drużynu. Pewnie nigdy się nie spotkamy, ale jeszcze raz wielkie DZIĘKI kolego! Potem za kilkanaście minut kolejny cud! Jakiś kilometr od szczytu Cyrenejki wypływa małe źródełko. Słyszałem o nim wcześniej i wypatrywałem. Kiedy wreszcie do niego dotarliśmy, padłem na kolana i zamoczyłem głowę. Niesamowite uczucie. Organizm przeszedł jakąś przemianę, zmęczenie odeszło, ozdrowiałem, urodziłem się na nowo, trochę ultramaratońskiej metafizyki… sam nie wiem. Wiem, że w jednej chwili wszystkie siły do mnie wróciły i zacząłem biec do mety. Na końcu czekał nas jeszcze dość nieprzyjemny zbieg (jakby te pozostałe były przyjemne…?), ale wtedy już wiedzieliśmy, że zmieścimy się w limicie czasowym wyścigu. Na mecie meldujemy się po 15 i pół godzinie (dokładnie 15h34 min.). Czeka medal, Ewa, Mama, Tata. Jest radość, dostaję wreszcie banana. Wynik blisko 1,5h poniżej naszych oczekiwań, przyjmujemy z pokorą. Tak to jest, kiedy Ci z nizin napierają na góry. 

polsat biega bieg rzeznika

200 m przed metą

To był mój” rzeźnicki” debiut, dlatego nie wiem jak organizowane były poprzednie zawody. Generalnie podobało mi się. Jedynym poważnym minusem był żywienie na trasie. Przed zawodami organizatorzy zapewniali o dostępności wegańskiego jedzenia. Banany, rodzynki czy pomarańcze na punktach kontrolnych biegów ultra brałem dotychczas za pewnik. Dlatego na trasę zabrałem jedzenie żele i batony Cliff i Petardy Zmiany Zmiany. Niestety na przepakach nie było owoców. Były żele, batony Squeeze, bułki z serem czy dżemem , zupa pomidorowa (non wegan) i chleb ze smalcem. Była cola (to się przydało) a na ostatnim punkcie znalazł się nawet Burn (czyli red bull coli). Dlatego cały wyścig leciałem na chemii. Czuję, że po części to było przyczyną mojego kryzysu w końcówce. A na mecie na pytanie o posiłek usłyszałem “za 10 min będę miał dla was jakąś sałatkę”. To była ostatnia rzecz jaką chciałem usłyszeć. Wiem, że na mecie byliśmy w ogonie, ale dobrze by było mieć jednak coś do zjedzenia.

bieg rzeznika meta

meta, Mama i wyczekiwane banany

Stwierdzeniem, że Rzeźnik to ciężki bieg, Ameryki pewnie nie odkryję. Ale dopiero teraz wiem z czym się tę imprezę się naprawdę je. Już rok temu mieliśmy chrapkę na ultra w Bieszczadach. Nie mieliśmy szczęścia w losowaniu, dlatego biegliśmy Sudecką Setkę (100 km, o ponad 20 km więcej niż trasa Rzeźnika). Tamten bieg zrobiliśmy w ponad godzinę szybciej! Na mecie w Ustrzykach Górnych miałem naprawdę dość biegania. Pewnie znacie to uczucie. Czas jednak leczy rany i dziś, 2 tyg po zawodach, naszła mnie myśl, że w sumie z przyjemnością znów stanąłbym na starcie w Komańczy. Na koniec słowa podziękowania dla załogi Garmin Polska. Zwyczajowo wsparła moje ultra przygody zegarkiem na miarę wyścigu. Tym razem był to Garmin Fenix 3. Rewelacyjna maszyna, która wiele potrafi! Bieszczady z Garminem na ręku na pewno biegaczowi mniej straszne;) garmin fenix3 bieg rzeznika A tu zestawienie profilu trasy ze strony Rzeźnika: profil2011 A tu co na mecie pokazał Garmin. Niemal identyczny. Jeśli chodzi o pomiar odległości, gps pokazał 77,2km, czyli też wszystko się zgadza. Niezła precyzja. bieg rzeznika profil trasy garmin fexnix3   Na koniec zwyczajowe zdjęcie sprzętu, który zabrałem ze sobą w Bieszczady. bieg rzeznika sprzet

Petarda

petarda zmiany zmiany baton sportowy wehan Po “Lewym Sierpowym”, “Kosmosie” i “Aloha’e” (jak to się odmiena?:), ZmianyZmiany wprowadzają Perardę. Baton dla sportowców, coś co w czasie treningu czy zawodów doda każdemu sił i … motywacji do jeszcze większego wysiłku :)  Dotychczas w trakcie długich wybiegań czy zawodów ultra, temat batonów energetycznych kończył się na Cliff’ach. ZmianyZmiany lubiłem, ale jadłem raczej  “po”, jako dodatek do “recovery”. Tymczasem skład Petardy powoduje, że to właśnie ten baton będzie za 3 tyg. moim towarzyszem na Rzeźniku. Petarda = spirulina, nerkowce, maliny, chia, pestki dyni, orzechy brazylijskie i daktyle.

Biegowa niedziela

Wreszcie udało mi się wyjść pobiegać. Wstałem wcześnie, zjadłem śniadanie, popiłem dobrą kawą, odczekałem chwilę i wyszedłem na ponad 10 km.

sniadanie biegacza wegan

Nie było łatwo, nie było jakoś super szybko, ale cieszę się, że wreszcie zmusiłem się do treningu. Problem leżał w mojej głownie, a nie z żadnej kontuzji. Po prostu mi się nie chciało. Włączył się leń i tyle.

Podczas treningu zacząłem powoli planować starty na następny rok. Najbardziej realny wydaje się start w maratonie w Palestynie ( 27 marca). Zapiszę się też na losowanie do Biegu Rzeźnika – może tym razem uśmiechnie się do mnie szczęście i wystartuję w Bieszczadach. Innych planów biegowych na razie nie robię.

Jakiś czas temu kupiłem buty Brooks Cadence 3 (niestety nie pomogły mi w uzyskaniu nowej maratońskiej “życiówki”). Zrobiłem tym samym ugrade z modelu Cadence 2 – w starej parze wybiegałem już i tak za dużo kilometrów, były też już trochę dziurawie więc kupiłem Cadence 3 (przy okazji skorzystałem ze zniżkowego kupony Brooks’a który dostałem na maratonie w Rzymie).

brooks cadence 3 pure bieganie

Cadence 3 różnie się od swojej poprzedniczki (rodzaj żeński??). Ma przede wszystkim twardszą podeszwę, przez co lepiej czujesz podłożę po którym biegniesz. Modele Cadence należą do serii Brooks Pure, czyli wstępu do biegania minimalistycznego, z mniejszą amortyzacji, z mniejszym dropem (spadek od palców do pięty), który w tym modelu wynosi 4 mm. Dzięki temu powinno biegać się szybciej, bo przy takim dropie, naturalnym jest odbicie, bieganie “z palców”. Nie trzeba się na tym skupiać, stopa po prostu, tak jak przy biegniau na boso, sama odbija się z palców.
Mimo wszystko, w poprzednim modelu Cadence, efekt “odbicia z palców”, wydawał mi się silniejszy. Wydaje mi się, że powodem tego jest właśnie “twardsza” podeszwa i fakt, że Cadence 3 trzyma stopę mocniej niż starsze modele. Z jednej strony do dobrze, bo stopa czuje się bardzo stabilnie w czasie biegu, z drugiej, zanim dobrze buta rozbiegałem, po treningach czułem lekki dyskomfort (czyt. ból) na zewnętrznej krawędzi strony. Teraz już jest ok.

A teraz coś z innej beczki …kilka dni temu po powrocie z pracy pod bramą znalazłem o takie coś … nie mogłem pozostaić go na zewnątrz, dlatego zaprosiłem do domu.

leo adopcja pies

Pierwsza obdukcja i wniosek, że ktoś po prostu wywalił małego z domu – pies jest wyraźnie wychudzony, zawszony i zakleszczony, na dodatek złapał zapaleniem płuc. Moi sąsiedzi są weterynarzami, więc z ich pomocą szybko postawiliśmy chłopaka do pionu. Teraz jest już coraz lepiej. O tyle lepiej, że mały zaczyna powoli pokazywać swój charakterek …. z Ryśkiem jakoś się dogadują (mały zdecydowanie dominuje), ale przy naszym trybie życia, logistyka posiadania dwóch psiaków jest trochę nie do zniesienia. Dlatego plan jest taki, że doprowadzam małego do życia i próbuję mu zorganizować nowy dom. Pomożecie? Inaczej skończę jak Violetta Villas …

rysiek i leo psy

rysiek i leo psy2

Sudecka Setka

Strach przed tym biegiem pojawił się dopiero na kilka godzin przed startem. Wcześniej, przez dobrych kilka miesięcy była ciężka treningowa orka, potem kilkugodzinny road-trip w Sudety (na pokładzie Arek, Krzysiek i ja), z postojem we Wrocławiu skąd zabraliśmy Dominika. Śmialiśmy się, że wszystko wygląda jak w jakimś remake’u “Kaca Las Vegas”. Wieczorem spacer, oglądanie meczu, jedzenie, strasznie dużo śmiechu – taki idealny mentalny detox.

W dzień startu próbowaliśmy spać do oporu. Udało się do 11. Potem zaczął się przedstartowy “reisefieber”. Głowa chyba wreszcie zrozumiała na co się porwaliśmy. Mamy przebiec 100 kilometrów!

sudecka setka przepak ultramaratonKoło 17 odbieraliśmy numery startowe w biurze zawodów, godzine później zostawiliśmy też nasze przepaki.

Start biegu nakręcony przez Dominika

Start o 22 z rynku w Boguszowie-Gorcach. Całe miasteczko żegna kilkuset biegaczy, gra jakaś kapela rockowa, a na niebie błyszczą sztuczne ognie. Pierwsze kilometry dość szybkie, w tłumie biegaczy, kilka podbiegów, więcej zbiegów. Las, polany, czasem mijamy jakieś gospodarstwo i kibiców, którzy w środku nocy postanowili wyjść i wesprzeć biegaczy. Jest ciemno, wszyscy biegną w “czołówkach” (swoją drogą niesamowity widok), ale jak na górskie bieganie, wychodzi nam jeszcze dość szybko (średnie tempo 6 min).  W okolicach 33 km zaczyna się kilku kilometrowa, żmudna i dość nudna wspinaczka na Chełmiec. Podchodzimy w grupie kilku biegaczy, zaczyna mocniej padać, a temperatura spada do jakichś 6 st. C. To nie jest fajny moment biegu. Jeszcze nie czuję się zmęczenia w nogach, ale w głowie pojawia się pierwszy kryzys. Na szczecie góry (38 km) punkt odżywczy obstawiony przez harcerzy. Jest ciepła herbata, ktoś częstuje łykiem coli. Czuję,że zaczyna się robić zimo, więc ruszamy szybko w dół na stadion w Boguszowie gdzie dystans kończyć będą maratończycy. Na nas czeka Arek i przepak. 4 km wpadamy na stadion. Dziwne uczucie, bo przebiegamy pod napisem META, wiele osób unosi ręce w geście triumfu, dostają medal, koc … sędzia pyta czy kończymy wyścig, odpowiadamy że nie teraz, ale za kilka godzin planujemy powrót na ten sam stadion, bo w tym miejscu będzie też meta setki. Jest już jasno kiedy wybiegamy ze stadionu  ruszamy w dalszą drogę. Następną rzeczą, którą pamiętam jest lotny punkt sędziowski na 50 km – na rozstaju leśnych dróg stoi małżeństwo z samochodem i rozstawioną na statywie kamerą video. Nagrywają każdego mijającego ich biegacza. W ten sposób upewniają się, że nikt nie oszuka i nie skróci sobie trasy. Potem wejście na Dzikowiec ….  zdecydowanie najcięższa góra całego wyścigu. Podobno miejscami nachylenie wynosi 60%. Mimo że dość ciężkie dla psychiki, nasze nogi jakoś to wytrzymują i właśnie na podejściu na Dzikowiec wyprzedzamy sporo osób. Na szczycie ( 58 km ), zwyczajowo już punkt odżywczy i przepak. Zmieniam koszulkę, piję szybko herbatę, jem Cliff bar’a i cieszę się słońcem. Jestem w szoku, bo widzę jak jeden biegacz odpala peta.

sudecka setka trasa ultramaraton 1

sudecka setka trasa ultramaraton 2

Potem dość męczący odcinek do punktu na 72 kilometrze. Trasa piękna widokowo, niby bez wielkich górek ale czułem już kilometry w nogach i ten fragment trasy trochę mnie wymęczył. Na punkcie 72 km znowu wita nas bufet (herbata, bułki, izo, woda oraz przepak) oraz bus. To taka połowiczna meta. Organizatorzy pozwalają zejść z trasy zawodnikom, którzy nie chcą, bądź nie mają już siły na dalszy bieg. Sędzia pyta się czy biegniemy dalej, my z trochę już mniejszym zapałem odpowiadamy, że przyjechaliśmy na Setkę. Zmiana koszulki, wcinam żel i ruszamy dalej. Nie będę zgrywał twardziela, to była 9 godzina biegu i tu już naprawdę czułem się zmęczony i generalnie chciałem być już na mecie. Mimo wszystko nadal zdarzają się momenty kiedy wyprzedzając innych biegaczy słyszymy za sobą “Chłopaki, skąd Wy macie jeszcze energię?”.

sudecka setka trasa ultramaraton

 Dominika chwila zadumy nad trasą

Kilometry dłużą się już niemiłosiernie i z utęsknieniem czekamy na punkt kontrolny na 86 km. Tu sceny trochę jak u Bareii – punktem zarządza oddział miejscowych strażaków z OSP. Środek lasu, panowie grzecznie pytają co podać, pomagają w nalaniu wody, herbaty, częstują rodzynkami i bananem. Potem pada pytanie czy może chcemy napić się czegoś “mocniejszego” ;) Ktoś wyciąga gitarę, zaczyna śpiewać. SIEKIEREZADA normalnie. Tu spotykamy Arka, który wyszedł nam na spotkanie. Na punkt dobiegają kolejni zawodnicy, my nie chcemy dać się za bardzo wyprzedzić, więc z wielkim już trudem ruszamy dalej. Nie jest łatwo, bo znów cały czas pod górę. Motywujemy się mówiąc sobie, że przecież do mety jest jeszcze tylko 14 km, dystans, który normalnie w Wawie jest ultra lekkim treningiem. Po drodze mijamy świeżo wybudowany paśnik dla zwierząt. Super! – ktoś by pomyślał – problem w tym, że zbudowano go zaraz przy ambonie myśliwskiej!!!!! Krew mnie zalewa! Potem Aro mówi, że tam zaraz w dole jest już pomiar czasu na 91 km. T`o daje nam sił. Zbiegamy szybko łąkami, gdzięś w duszy czuję już finisz, nawet wizualizuję sobie medal na szyji.  Po punkcie 91 km kiedy mamy ochotę żeby przyśpieszyć (szybciej biegniesz, szybciej kończysz), a tu zaczynają się górki. Jesteśmy rozczarowani, bo dachy domów Boguszowa-Gorców widać coraz lepiej. :) Po chwili wbiegamy do miasta. Czuję zmęczenie, nie jesteśmy w stanie już biec. Miejskie wzniesienia, którymi prowadzą ostatnie 3 km wyścigu wydają się być Himalajami. Jest cieżko. Biegniemy przez rynek, znów pojawia się Arek i wskazuje gdzie biec, bo jesteśmy zbyt podnieceni perspektywą mety aby szukać strzałek wskazujących trasę. Miasto żyje swoim rytmem, ale mimo to co chwila ktoś nam klaszcze, krzyczy, że niedaleko do mety, strażacy zatrzymują samochody abyśmy mogli spokojnie przebiec przez skrzyżowania. Czuję się trochę jak jakiś bohater. Co chwilę obracamy się za siebie żeby sprawdzić czy ktoś nas nie dogania. Na jakieś 500 m przed metą widzimy za sobą dwóch biegaczy. Zaczynamy więc szybciej finiszować. Nogi bolą i na nasze szczęście koledzy za nami nie podejmują walki:). Jest stadion, widzimy metę – rewelacyjne uczucie, po prostu radość. W głowie huczy myśl, że teraz już na pewno będę mógł ubrać koszulkę “Sudeckiej Setki”. Czas na mecie to 15 h 34 min. Zrobiliśmy 100 kilometrów!

sudecka setka meta

sudecka setka meta ultramaraton

Dominik i Ja (Polsat Biega team) na mecie Sudeckiej Setki. Zdjęcia organizatorów .

Niestety, po chwili powrócił stres, bo okazało się, że datasport.pl, która odpowiadała za chipy i elektorniczny pomiar czasu pomyliła mój chip i generalnie nie sklasyfikowano mnie na mecie. Po kilku dość nerwowych dla mnie chwilach, sprawa zostaje pomyślnie wyjaśniona. Moje nazwisko pojawia się na tablicy wyników. Mimo wszystko byłem dość zniesmaczony tą sytuacją, bo kiedy na 91 km przebiegaliśmy przez ostatnią matę z pomiarem czasu, coś mnie tknęło i nawet obróciłem się do gościa obsługującego punkt i krzyknąłem czy nabił się mój międzyczas. Gość potwierdził, że wszystko było ok. Za 9 km miało się okazać, że nie było.

W czasie biegu nie miałem jakiegoś spektakularnego kryzysu. Wiadomo, im dalej tym było ciężej. Ale nawet przez myśl nie przebiegło mi by się wycofać. Wyobrażałem sobie tylko, że musiałoby mi oderwać obie nogi aby nie dotrzeć do mety. Z drugiej strony nie miałem też za bardzo wzniosłych i emocjonalnych momentów, o których często można czytać na blogach czy innych książkach biegowych. Była ciężka orka, świetne widoki ale mało romantyzmu. Na punktach odżywczych jadłem banany i rodzynki. Z samozaopatrzenia miałem Cliff’y oraz nowe batony Trek, które o dziwo wchodziły mi lepiej niż te pierwsze. Przez pierwsze 60 km w ogóle nie miałem ochoty na żele energetyczne. Potem się z nimi przeprosiłem i w sumie pochłonołem 2 SiS’y. Dobrym pomysłem było wrzucenie zapasowych koszulek na przepaki po 60 km. Zmieniałem je 3 razy, przez co nie czułem się tak brudny i spocony. Oczywiście była to iluzja ale wtedy pomagała.

Cały bieg przetrwalem bez kontuzji, otarć, odcisków czy innych zdartych paznokci (te które miałem stracić, straciłem już kilka lat temu). Prócz ogólnego zmęczenia, tak naprawdę bolały mnie (strszanie bolały) tylko mięśnie czworogłowe.

Przed biegiem planowaliśmy z Dominikiem zejść poniżej 15h. Nie udało się. Teraz, tydzień po zawodach, trochę żałuję, że gdzieś mocniej nie przycieliśmy, że może za długo czasu spędziliśmy na punktach kontrolnych. Ale prawda jest taka, że ja , czyli chłopak z nizin nigdy za bardzo nie powalczy z góralami. Nawet tymi, których metryka pokazuje, że mogliby być moimi dziadkami. Kilkakrotnie mijali mnie lokalni biegacze i biegaczki , którzy “dobijali” 70-tki. No bo gdzie na Mazowszu można trenować do górskich ultramaratonów? Na wydmach w Falenicy lub biegając po kilka godzin w górę i dół Agrykoli? To były moje główne poligony pod 100km. Jest jeszcze sztuczny stok narciarski na górce Szczęśliwickiej …

Kolejna refleksja, która mnie nachodzi jest taka, że już nigdy w ten sam sposób nie spojrzę na oznaczenia poszczegołnych kilometrów na maratonie – 28 km, 36 km, 40 km  …. w czasie Sudeckiej Setki czułem się dość dziwnie mijając oznaczenie 90 kilometra.

sudecka seta kilometry

Muszę powiedzieć, że mimo wtopy z datasport.pl i moim pomiarem czasu, organizacja biegu powaliła profesjonalizmem i oddaniem wszystkich pracujących na trasie. Serce rosło kiedy w nocy dobiegałeś na punkt odżywczy i widziałeś wolontariuszy (prekrój wiekowy od nastu do kilkudziesięciu lat) uwijających się jak w ukropie aby w te kilkadziesiąt sekund dać Ci wszystko czego potrzebujesz. To dla wszystkich z nas było niesamowicie ważne i z tego miejsca, raz jeszcze bardzo wszystkim dziękuję!

Na koniec specjalne podziękowania dla Garmin Polska. Dzięki ich uprzejmości w czasie biegu mogłem przetestować zegarek Garmin Fenix 2, idealne narzędzie dla wszelkiej maści biegaczy ultrasów, triathlonistów, pływaków a nawet narciarzy czy górskich piechurów. Bateria mojej 620’stki nie wytrzymałaby 15 godzin pracy, Fenix2 wytrzymuje nawet do 50 godzin :) Różnica spora. Obiecuję, że wkrótce pojawi się tu recenzja tego zegarka ale już teraz polecam tę zabawkę.

sudecka setka sprzet ultramaraton

Mój sprzęt przed biegiem. Trzeba było być przygotowanym na każdą pogodę

 

 

Biegać, trenować

rzym lotnisko polsat

Miałem 6 dniową przerwę w treningach. Kolejny wyjazd do Rzymu (tym razem służbowy) po prostu nie pozwolił na bieganie. Od wczoraj znów biegam, rozciągam się i rolluje. Za niecałe 2 miesiące startuję w Sudeckiej Setce – już samo myślenie o dystansie motywuje do ciężkich treningów. W Rzymie rozmawiałem z Piotrem Kuryło, który powiedział, że Sudety są ciężkie do biegania. Trochę mnie to przestraszyło, dlatego po wczorajszym dość lekkim wybieganiu, pojechałem dziś do Falenicy aby poszaleć na tamtejszych górkach. Ostatni raz gdy tam byłem, biegłem dwie edycje Falenickich Biegów Górskich, dlatego znam to miejsce dość dobrze. Powtórzę się, ale naprawdę jeśli chodzi o Warszawę, jest to najlepsze miejsce do biegania crossów i górek.

falenica sciezka biegowa wydma

wawer sciezka biegowa bieganie falenicaZrobiłem dość szybkie, 4 pętle po 3,6 km + dobieg z i do samochodu. Biegło się świetnie, choć oczywiście bylem zmęczony. Od zimy jeszcze lepiej oznakowano trasę. Prócz tabliczek, namalowano strzałki na drzewach – więc nie idzie się zgubić ;) O dziwo nie spotkałem ani jednego biegacza!

vegan pizzaJako że myślami wracam jeszcze do Włoch, po treningu zjadłem posiłek regeneracyjny, czyli lekko przypaloną, home-made vegan pizza (z serem wegańskim). Smakowało.

Italian vegan

A w samym Rzymie weganie jedzą tak. Jak dla mnie to właśnie takie jedzenie, a nie pizza czy makaron, stanowią esencję włoskiego żarcia.

Zostając przy pożywieniu – odkryłem, że jest wreszcie w dostępne w Polsce białko ( + inne sportowe odżywki) z konopi. Wszystko dzięki Good Hemp Polska . Produkty oczywiście 100% wegan. To nie jest reklama (osobiście stosuję hemp z innej firmy), ale to znak, że wreszcie coś się w tej sprawie rusza nad Wisłą. Od kilku lat na śniadanie piję shake’a z konopi + owoców. Rewelacyjne źródło białka, aminokwasów i innych potrzebnych bajerów.Ja sprowadzam odżywki z UK, ale kto wie, może skuszę się na Good Hemp, szczególnie, że cenowo wygląda to dość dobrze.

Animal friendly, czyli trochę o butach do biegania

weganskie buty bieganie brooks

Weganizm to nie tylko to co jemy, ale też to w co się ubieramy, w czym śpimy (puchowa pierzyna, czy wełniany koc odpada), czym się myjemy i takie tam :) Jak to mówi mój szanowny brat, sama dieta jest dobra na cerę, jeśli naprawdę chcemy zrobić coś dla zwierząt to weganizm nie może być tylko “gastronomiczny”.

Skórzane obuwie przestałem nosić po przejściu na weganizm. Pamiętam, minę mojej mamy kiedy oświadczyłem, że jednak nie będę chodził w tych “wyproszonych” i “dopierocokupionych” martensach :) Wierzcie mi, że zdobycie czegoś nieskórzanego na nogi, a szczególnie takiego co by nadawało się do noszenia zimą, w Polsce lat 90 wcale nie było łatwe. Nawet nie pamiętam co wtedy nosiłem na nogach (chyba jakieś turystyczne buty z udawanego gore-tex’u). Latem było oczywiście łatwiej – podróbki conversów, a potem te oryginalne, były dość łatwo dostępne.

Sprawy zmieniły się na lepsze po wyjeździe do Australii i Malezji. Tam po prostu non stop chodziłem w klapkach i szmacianych vansach ;)

Ale trzeba przyznać, że od kilku dobrych lat i nad Wisłą, sprawy ze “szmaciakami” mają się naprawdę nieźle. Kupno obuwia z syntetycznych materiałów na każdą okazję nie przysparza wielu problemów. Wystarczy kilka sekund w google i od razu znajdziemy marki, które po prostu specjalizują się w tym.

Z butami do biegania też nie ma problemu. Może przesadą jest stwierdzenie, że większość butów do biegania jest wegańska, ale naprawdę wystarczy krótki research i już wiadomo w czym powinno się biegać.

TU ZNAJDZIECIE LISTĘ PRODUCENTÓW SPRZĘTU SPORTOWEGO I AKTUALNE INFORMACJĘ, KTÓRE MODELE BUTÓW SĄ OK DLA WEGAN (VEGAN ATHLETIC SHOES)

Cieszy, że z mainstreamowych marek Inov8 oraz Pearl Izumi są 100% wegan.

Ale zawsze trzeba być czujnym – na expo w czasie maratonu w Rzymie na stoisku firmowym mojego “kochanego” Brooks’a, prawie wcisnęli mi buty ze świni. Chodziło o nową, bardziej life style’ową, kolekcję Brooks Heritage. Pan z obsługi zarzekał się, że to materiał jest syntetykiem i że oni dbają o wegan. Na szczęście nie było mojego rozmiaru. Po powrocie do domu chciałem je kupić online, na szczęście na swoich stronach Brooks sam informował, że materiał tych butów jest bardzo daleki od bycia syntetykiem …

Chudy Wawrzyniec

Mija drugi tydzień od ukończenia “Chudego Wawrzyńca“, czyli mojego pierwszego, górskiego biegu ultra (54 km). W Ujsołach pojawiliśmy się na dwa dni przed startem. Wynajeliśmy domek (Ewa + ja + Dominik z Rodziną) i ciezyliśmy się chwilą relaksu. Na dzień przed startem dojechała reszta załogi czyli Kuba, Marcin i Żur z Szuwar. Pogoda była bardzo dobra … ale nie na bieganie. Upał i zero chmur. Nie przejmowaliśmy się tym za bardzo, bo prognoza zapowiadała deszcz i ochłodzenie. Rzeczywiście, w piątek zaczęło się chmurzyć, a wieczorem po odprawie technicznej już prawie topiliśmy się w deszczu. Rozpętała się też burza – takich piorunów dawno nie widziałem. Tuż obok naszego domu, pobliski potok rozwalił solidny mostek.

Do Ujsołów wyjechaliśmy około 3:25 rano. Stamtąd 20 minut później zabrał nas na start autobus. Trochę padało, było chłodno, ale w porównaniu z pogodą sprzed niespełna 2h i tak było bardzo komfortowo. Wystartowaliśmy o 4.35 rano ( 5 minut obsówy z uwagi na rozkład PKP i naszą przeprawę przez przejazd kolejowy). Najpierw 5 km po asfalcie. Luzik. Tempo 5.30/min (okazało się, że tego dnia szybciej już nie pobiegniemy). Wszyscy biegacze jeszcze rezem w grupie. Potem w prawo i wbiegamy w czerwony szlak. Najpierw między gospodarstwami, potem już w prawdziwe góry. Wydawało się ostro, ale bardziej przeraził mnie pierwszy zbieg. Było bardzo stromo, trawiastą nartostradą w dół. Przebierałem nogami ile sił, ale to chyba nie wystarczyło, bo poczułem ból w kręgosłupie – a to dla nowość. Starałem się o tym nie myśleć. Potem stabilizacja i wpadłem już w wir wyścigu. Pierwsze 26 km były dla mnie dość ciężkie. Nie zwykłem startować o 4.30 rano, i chyba po prostu czułem się niewyspany i nie rozgrzany (biegowo). Wlokłem się za Dominikiem. Podbiegi były strome i dość ciężkie. Nie zapomnę tego uczucia gdy wspinając się (chyba) na Kikułę, spojrzałem w górę i zobaczyłem niekończący się sznur biegaczy, mozolnie walczących ze wzniesieniem. Nie mogłem ujrzeć ich końca. Trochę mnie ten widok przeraził, bo byłem zmęczony, a byliśmy dopiero na początku przygody. Od tego czasu na podbiegach, aby nie niszczyć sobie psychiki, patrzylem już tylko pod nogi.

photo 5

Dominik na trasie Wawrzyńca 

26 km to punkt kontrolny w schronisku na Wielkiej Raczy (1236 m npm). Zrobiliśmy krotki przystanek – zadłemjem cliffa i kilka daktyli, uzupełniłem wodę w bidonie i wypiłem colę na spółę z Dominikiem. To był ten moment kiedy poczułem wreszcie przypływ energii. Wreszcie zaczeło mi się dobrze biec!

Na około mgła, trochę padało (bez burzy) więc nie mieliśmy szans na podziwianie widoków. Generalnie mało widzieliśmy ;) “Peleton” biegaczy już się rozpłoszył, dlatego biegliśmy raczej samotnie, we dwójkę. Od czasu do czasu kogoś wyprzedzaliśmy, albo byliśmy wyprzedzani.

photo 22

punkt kontrolny na przegibku

37 km to punkt kontrolny w schronisku na Przegibku (1000 m npm) i zarazem jedyny punkt żywieniowy na trasie 50+. Przebrałem koszulkę, wyczyściłem potwornie zabłocone buty. Pożarłem cliffa, rodzynki i pomarańcze, kilka kawałków banana, uzupełniłem zapas wody. Miałem ochotę zostać tam trochę dłużej, ale zwyciężyło poczucie przyzwoitości. To zawody, nie piknik:)! Wybiegliśmy i tak naprawdę potem było już tylko ciężko. Podbiegi/podejścia jeszcze jakoś znosiłem, ale zbiegi stały się naprawdę uciążliwe. W pewnym momencie (praktycznie tym samym) mnie i Dominika zaczął boleć mięśień o którego istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia (gdzieś w okolicach wyrostka robaczkowego). Na cześć naszego wysiłku i tego biegu nazwaliśmy go “mięśniem Wawrzyńca”. Przygotowując się do tego biegu trenowałem zbiegi, ale robilem to w “miejskich warunkach”. Zbiegając po asfalcie, albo zwykłą leśną ścieżką można sobie pozwolić na drobnienie kroków i precyzyjne spadanie na śródstopie. Ale to nie wystarcza. Na Wawrzyńcu strome zbiegi oznaczały przede wszystkim kamienie, kamienie które nie pozwalały mi złapać odpowiedniego, wyuczonego rytmu. I to właśnie było dla mnie w tym biegu najtrudniejsze.

photo 4

Po rozdzieleniu tras 50+ i 80+  przyszła kolej na duży zbieg. Gdzieś w duchu miałem nadzieję, że może to już ten ostatni zbieg do mety w Ujsołach. Niestety myliłem się. Czekała nas jeszcze wspinaczka na Muńcoł. Mało już z tego pamiętam. Trochę mnie już wszystko bolało. Biegliiśmy sami z Dominikiem wśród wysokich drzew, ścigając się tylko z generałem Polko, którego spotkaliśmy na trasie. Chęć wygrania z ex komandosem, byłym dowódcą GROM-u, była ostatnią iskrą motywacji jaka we mnie się jeszcze tliła (ostatecznie generał dobiegł na metę 5 minut po nas) . Po Muńcole przyszedł wreszcie czas na ostatni zbieg. Chyba z 5 km w dół. Radość szybko zmieniła się w złość i rozdrażnienie. Tam już naprawdę wszystko bolało :) Bolało i dłużyło się niesamowicie. Kamienie, jakieś potoki, błoto często po kostki, mini urwiska –  czasem wydawało mi się, że ten odcinek był wręcz trochę niebezpieczny. Wreszcie dobiegliśmy do wypłaszczenia, mostku i … upragnionego asfaltu. Są Ujsoły! Od razu zacząłem szukać wzrokiem wieży kościoła, obok którego miała być meta. Zobaczyłem ją i …. wydała mi się strasznie daleko! Koszmar:) Zaczeliśmy z Dominikiem nabierać szybkości, mineliśmy jakiegoś biegacza, który resztkami się szedł chodnikiem. Coś chyba do niego krzyknąłem, bo kolega przyłączył się do naszego finiszu. W trójkę wpadliśmy na mostek i wtedy poczułem ogromną radość w sercu, taką, której już bardzo dawno w bieganiu nie czułem. Wreszcie meta – szczęście i satysfakcja. Nasz czas to 8 h 15 min! Jeśli dobrze pamiętam to przed biegiem zakładaliśmy, że wszystko poniżej 9 h będzie ok – więc zmieściliśmy się w planie. Przed nami przybiegł Kuba (ze znakomitym czasem poniżej 7 h 30), chwilę po nas na mecie pojawił się Marcin. Żur z Szuwar, który pokusił się na trasę 80+ zrobił poniżej 11h.

Z perspektywy czasu wiem, że bieg był dla mnie trudniejszy niż przypuszczałem. W podbiegach/podejściach dałem radę, gorzej było ze zbiegami. Te zawody były świetnym przeżyciem, pokazały mi w jakiej jestem formie. Mimo sporego zmęczenia złapałem bakcyla górskich biegów ultra i już teraz wiem, że zapiszę się na przyszłoroczny Bieg Rzeźnika.

photo 21

Lubię biegać z muzyką. Na trasę Wawrzyńca zaprałem swojego ipoda mini, ale do głowy mi nie przyszło aby go włączyć. Czułem po prostu, że muzyka zeppsułaby uczucie bliskości natury, biegaczy i mojego pierwszego doświadczenia w zawodach ultra.

W drodze powrotnej mieliśmy niestety dość przykrą i pechową przygodę. Mam nadzieję, że w przyszłości bardziej będę bardziej wspominał sam bieg na Chudym, niż ostatnie 5 godzin naszej wycieczki.

Sprzęt w którym biegłem:

-buty Brooks Cascadia 7

-skarpety CEP

-plecak Salomon Lab 5

-kurtka Brooks LSD Lite III

-koszulka i spodentki też od Brooks’a

-latarka czołówka w sumie się nie przydała

-bateria mojego Garmina 610 nawet wytrzymała cały wyścig. Pewnie dlatego, że biegłem bez pulsometra,  na “oszczędnym trybie”

W czasie biegu zjadłem:

– 1 x baton Cliff, 2 żele SIS, daktyle, rodzynki, banany, pomarańcze. Piłem wodę i trochę coli.

Teraz powoli wracam do treningów. Już niedługo Maraton Warszawski. Chcę zrobić 3:30.