news życia

tataJest szansa, że na kolejne święta ( i mam na myśli Wielkanoc ;)) będzie nas więcej.

Advertisements

“Chutzpa” zamiast hucpy

 

 

Wróciłem z krótkiego wyjazdu do Izraela, dokąd pojechałem zaproszenie Start-up Nation Central. To była moja pierwsza wizyta w tym kraju. Wyjazd zbiegł się z uznanim przez Trumpa Jerozolimy za stolicę Izraela. Wiem, że naokoło dużo się w tym temacie działo, jednak ja żadnych komplikacji z tego powodu nie odczułem.

Prócz niesamowitych pomysłów na biznes (jak np. autonomiczne dźwigi (!!), technologia, która pomaga farmerom w odpowiednim nawadnianiu pól czy narzędzie, które sprawi, że już zawsze będziesz chciał oglądać internetową reklamę do końca), największą uwagę zwróciłem na dwie rzeczy, które IMO są główną przyczyną sukcesów izraelskich startupów.

Pierwsze, to ostre parcie na rozwój globalny. Izraelskie startupy od razu myślą o wejściu na zagraniczne rynki, bo rynek wewnętrzny jest ograniczony, a otoczenie geopolityczne dość niepewne. Działają tak od pierwszego dnia, korzystając z usług międzynarodowych firm prawniczych i księgowych, zawsze wszystko robione jest po angielsku. Wszystko dlatego, bo chcą rosnąć za granicą. To nie przypadek, że aż 94 izraelskie firmy są już notowane na NASDAQ, a Tel Aviv to drugi po Silicon Valley startupowy ekosystem świata.

Bo w Izraelu to odwaga i marzenia odgrywają wielką rolę w biznesie. Od młodego wpajane jest, że należy ryzykować. Porażki są powszechnie akceptowane i nawet dobrze widziane, bo to pożyteczne doświadczenie, prawdziwa szkoła życia. Ale najważniejsza jest “chutzpa”, która w Izraelu oznacza siłę charakteru, przebojowość, a nawet arogancję, w dążeniu do ceu. Za to się nagradza i zdobywa uznanie. W innych krajach za wychylanie często dostajesz po uszach. W kulturze japońskiej porażka to dyshonor, przez który kiedyś popełniało się seppuku.

“To płynie w naszym DNA, od pierwszego dnia chcemy rozwijać się globalnie. Nawet jeśli jesteśmy tylko 3 przyjaciółmi, którzy wszystkim co mają to kilka slajdów prezentacji w PowerPoincie”. powiedział mi Barrel Kfir z funduszu JVP.

I właśnie takie podejście widać w startupowych hubach w Izraelu. Ważna jest treść, a nie opakowanie. Dlatego kuźnie talentów i innowacji powstają często w spartańskich warunkach, w budynkach gdzie najczęściej nie ma szkła ani aluminium. Najważniejsze to kawa i szybki internet.

Drugim niezwykle ważnym elementem startupowej układanki w Izraelu jest armia.

Do izraelskiej armii (IDF) musi pójść każdy Izraelczyk. Wyłączene są tylko niektóre mniejszości (Arabowie i część ultraortodoksów żydowskich). Mężczyźni służa minimum 3 lata, kobiety 2. W IDF stawia się na technologie dzięki czemu staje się kuźnią  inżynierów, informatyków, przedsiębiorców. Wojsko to izraelski Harvard. W CV wpisuje się jednostkę w której służyłeś, bo ona mówi o Tobie prawie wszystko.

Według Saula Singera, współautora kultowego już tutyłu “Naród Start-upów, historia cudu gospodarczego” – “wojsko pokazuje Ci, że nie jesteś centrum świata. Uczy, że zależysz od innych, a inni zależą od Ciebie. Uczy kreatywności w rozwiązywaniu problemów, uczy przywódctwa. W wojsku wysyłają na misje, a startupy to nic innego jak misja, tylko, że cywilna.”

Nie bez powodu w Izraelu panuje przekonanie, że po służbie wojskowej, młodzi Żydzi jadą wypocząć na rok do Indii,  po czym wracają i zakładają swoją pierwszą firmę.

I chyba dobrze by było gdyby do naszych polskich zwyczajów weszły dalekie wycieczki polskiej młodzieży, a potem powrót i krzewienie ducha “chutzpy” i przedsiębiorczości nad Wisłą. Tak na dobry początek.

Cały artykuł z mojego pobytu w Izraelu tu====> w  magazyn.wp.pl.

Grudniowo

rysiek spacer

Nie cierpię grudnia. Nawet jak jest śnieg i teoretycznie powinno być lepiej.
Praktycznie nie biegam, aktywność fizyczna to w tej chwili dłuższe spacery z Ryśkiem. Psina je uwielbia.

Za tydzień lecę do Izraela. Na Bliskim Wschodzie bywałem już kilka razy, ale w Izraelu mnie jeszcze nie było. To będzie bardzo krótki wypad, ale liczę, że będzie bardzo owocnie.

kazimierz krakow grafitti zydowskie

A w poniedziałek na jeden dzień wyskoczyłem do Krakowa na zdjęcia. Pośrednio łączyło się to z moim wypadem do Tel Awiwu. W tym tygodniu zalinkuję owoc mojej krakowskiej eskapady.

 

come back

Dawno tu nie zaglądałem. Na pisanie nie mam siły, dlatego wrzucam zdjęcia, które przybliżą Wam najważniejsze i najfajniejsze sytuacje, które przydażyły mi się od ostatniego wpisu.  Niestety, nie było za dużo biegania.

Zapraszam niedługo ponownie, będę miał dla Was dużego newsa.

 

2016 is gone

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Trochę mnie tu nie było, zatem zabieram się za  nadrobianie zaległości – biegowych jak i trochę bardziej osobistch.

ja-ultra-lemkowyna

tak na traise uchwyciła mnie pani fotograf Karolina Krawczyk

Ostatnim mocnym akcentem 2016 był start w Łemkowyna Ultra Trail. Zawody w Beskidzie Niskim miały być lekkim i przyjemnym biegiem na zakończenie sezonu. Skończyło się na walce z naturą, własnymi słabościami i chorobą, bo jak na złość, na 24h przed startem trafiło mi się paskudne zapalenie spojówek. Na okulistycznym ostrym dyżurze dostałem ksywkę “wieża wiertnicza” – podobno tyle się ze mnie “lało”. Kryzys wydał się być skończony, bo krople zaczęły działać, czułem się lepiej. Poczułem się optymistą i już kilka godzin później byłiśmy z Dominikiem  w drodze do Chyrowej.

Niestety, to co dotychczas było atrakcją tych zawodów, czyli lekkie górskie błoto na trasie, w tym roku stało się prawdziwym przekleństwem biegaczy. Wszystko przez to, że na kilka dni przed startem Beskid Niski, co w sumie o tej porze roku nikogo nie powinno dziwić, zamienił się w krainę deszczu i błota.

inov8-lemkowyna-bloto-ultramaraton-beskidniski

lemkowyna-ultra-trail-vegan-runner

Trudno opisać to co działo się na trasie. Jeszcze na początku nasze zawody można było nazwać biegowymi, po 50 kilometrze Łemkowyna były po prostu spływem błotnym połączonym z narciarstwem biegowym (porównanie przez kijki). Trudno powiedzieć ile razy lądowałem na glebie. Przy 60 km naprawdę przygotowywałem się w głowie na zejście z trasy. Po prostu nie widziałem najmniejszego powodu dla którego miałbym się tak dalej męczyć. Nie chodziło o zmęczenie fizyczne, czy kontuzję – po prosty gdzieś w środku “cofnąłem” sam sobie pozwolenie na takie wariactwo jak ultra ;) Koniec końców dotoczyłem się do mety.

Niestety na finiszu (72 km na Garminie) jak na trasie, nie było tak fajnie jak w zeszłym roku. Może to przez większą ilość startujących, może przez pogodę. Przebieralnie, prysznice, jedzenie, transport … nic nie było takie jak w 2015. Był chaos i niedoinformowanie. Dokłądnie to samo można napisać o naszym czasie na mecie, który był o ponad godzinę gorszy od ubiegłorocznego. Zresztą sami sprawdźcie na stronie z moimi wynikami. Taka karma.

lemkowyna-ultra-trail-medal

medal w nagrodę (następnego dnia – pogoda oczywiście idealna!)

Wtedy tam na mecie w Komańczy obiecałem sobie, że do grudnia nie biegam. Obietnicę spełniłem i sportowo realizowałem się w crossfit’owym boxie. Potem zgodnie z planem zacząłem biegać. Teraz trenuję już znacznie więcej, mimo że cały czas mi się nie chce. Ale mam motywację, bo w drugiej połowie kwietnia wracam w Pieniny, na trasę Niepokornego Mnicha. Mimo ogromnej (jak na mnie) skali trudności, był to zdecydowanie mój najlepszy występ w 2016 roku. Było świetnie!

Na koniec news zupełnie niebiegowy – 2017 będzie rokiem mojego powrotu do szkoły.
A kto wie? Może to tylko początek newsów….?

Szczawnica i cała reszta

Pod koniec kwietnia biegłem “Niepokornego Mnicha”, czyli najdłuższy dystans Biegów w Szczawnicy. Było jak zawsze – po zapisaniu się na zawody czułem typową ekscytację i sporą dawkę motywacji, na 2 tygodnie przed ślubem wybrałem się nawet do Szczawnicy na “zwiad trasy” i chwilę samotnej refleksji nad życiem. Było świetnie, potem polecieliśmy na blisko miesiąc do Australii i tam plan treningowy zupełnie mi siad. Oczywiście coś tam trenowałem, ale powiedzmy sobie szczerze – słabe to było. Tak naprawdę dopiero w połowie lutego zacząłem poważniejsze przygotowania do “Mnicha”, wybiegania sporo ćwiczeń siłowych na nogi mobility i brzuch. Wszystko w domu przed telewizorem, na macie do jogi.

przepak przelecz gromadzka niepokorny mnich

Przepak na Przełęczy Gromadzkiej

Mimo że teoretycznie był to najtrudniejszy ultramaraton w jakim dotychczas startowałem, o dziwo biegło się super. Nie miałem większych kryzysów. Przy pierwszym podbiegu do Schroniska na Przechybia (to biegliśmy jeszcze po ciemku), zacząłem odczuwać ból kolana i stopy. Trochę spanikowałem, ale wyłączyłem myślenie i o bólu przypomniałem sobie dopiero na mecie. Poza tym, oczywiście, odczuwałem duże zmęczenie miałem jednak w głowie słowa organizatorów z odprawy przed zawodami – nie poddawajcie się na przepaku na 44 km (podobno najwięcej biegaczy wysypuje się właśnie na Przełęczy Gromadzkiej, gdzie zlokalizowany jest punkt kontrolny i jedyny przepak na trasie), bo potem, tam na Słowackiej stronie jest trochę lżej. I rzeczywiście, u naszych południowych sąsiadów górki były jakby mniejsze, a widoki (na Tatry) znacznie fajniejsze.

profil trasy niepokorny mnich

trasa Niepokornego Mnicha do kieszeni

Na “Mnichu” przewyższenia były naprawdę spore, w sumie blisko + –4400m, przebiegłem bo po prostu zafiksowałem się, skupiłem i można powiedzieć, że większość wyścigu biegłem bardziej głową niż nogami. Nie powiem, podejścia nie szły mi zbyt dobrze. Nadrabiałem na zbiegach i płaskim. Nowością (i tym co mnie przerażało najbardziej przed biegiem), był fakt, że biegłem solo. Na kilka tygodni przed startem, Dominik czyli mój “partner in crime” złapał kontuzję po Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim (właściwie wychodzi z tego do dziś). Taki bieg wymagał zupełnie innego nastawienia w głowie, niż w czasie wcześniejszych ultra. Na szczęście byłem w stanie tego dokonać. Jakimś sposobem na to był bieg z muzyką, coś czego na ultra nigdy dotąd nie próbowałem. W Pieninach sprawdziło się i pomogło wytrzymać godziny na trasie.

niepokorny mnich trasa garmin

zrzut trasy z Garmin Connect

Moim celem na Szczawnicę było zmieścić się w limicie czasu (17h). Na mecie miałem ponad 30 min zapasu. Garmin pokazał ponad 100 km. Nie czułem się jakoś na maksa wyczerpany, bez problemu, choć z pomocą Ewy, doczłapałem do hotelu.

Processed with VSCO with g3 preset

na mecie Mnicha

A już 17 sierpnia startuję w Kaszubskiej Poniewierce. To dla mnie trochę powrót do źródeł, do czasów młodości. Start w Wieżycy i meta w Sopocie. 100 km przez Kaszubskie pojezierze i lasy. Coś pięknego, bo to tereny które znam od dziecka. Spędziłem tam wiele czasu z rodzicami, a potem z harcerzami – przez co czuję, że wracam do siebie.

12552455_513789148793407_1679828893_n

strasznie mi się podoba logo Kaszubskiej

Kaszubska Poniewierka wygląda na dość kameralną imprezę, organizowaną przez przyjaciół-zapaleńców. Już nie mogę doczekać się startu, szczególnie, że liczę na doping i wsparcie najbliższych. Przecież to prawie jak powrót do domu!

W sierpniu wybieramy się na urlop. Szczerzę mówiąc bez konkretnych planów na wyjazd. Jak co roku przylatuje do nas Ash z Australii i w sumie jest taki pomysł, żeby pojechać do Białowieży (póki jej minister Szkodnik nie wytnie) i nad morze .. pokazać chłopakowi północnej Polski, bo na razie zwiedzaliśmy razem południe, centrum i zagranicę.

Downunder (styczeń/luty)

Dawno mnie tu nie było, a wydarzylo się bardzo wiele. Większość – samo dobro, choć po drodze zdarzały się rzeczy bardzo smutne (o tym na końcu).

W połowie stycznia polecieliśmy do Australii. De facto byla to nasza podróż poślubna. To był mój powrót na Antypody po ponad dekadzie nieobecności. Odwiedziliśmy Perth ( i okolice), Melbourne (i okolice), potem samochodem, wzdłóż wybrzeża Pacyfiku pojechaliśmy do Sydney. Zajęło nam to kilka dni, ponieważ po drodze odwiedzaliśmy Parki Narodowe. W sumie ponad 3 tyg wakacji. Nasze wszystkie plany zostały zrealizowane, złych przygód nie doświadczyliśmy, bawiliśmy się świetnie. Spotkaliśmy mnóstwo świetnych ludzi (starych, sprawdzonych przyjaciół, jak i nowe twarze). Pogoda wspaniała, choć muszę przyznać, że zmiany pogodowe dotyczą i dotykają również Australię. Lato nie było strasznie ciepłe, a styczniowe deszcze, które kilka lat temu były niedopuszczalne w suche, australijeskie lato, dawały o sobie znać od czasu do czasu. Chociaż tam gdzie jechaliśmy, słońce podążało za nami.

Bondi beach Sydney Nowa Południowa Walia

plaża Bondi w Sydney

Jeżeli ktoś z Was wybiera się do Australii i szuka porad, wskazówek, itp. – piszcie do mnie, na pewno coś podpowiem.
Australia jest dość doroga dla turystów z nad Wisły, ale dzięki pewnym trickom można sprawić, że będzie łatwiej. Na pewno da się dolecieć do Australii za relatywnie małe pieniądze. Nie trzeba wydawać ponad 4000 PLN. Dzięki doświadczeniu w szukaniu tanich biletów udało się nam zamknąć w sumie 2500 PLN za osobę (i to z wewnętrznym lotem PER-MEL Qantasem).

Perth City Zachodnia Australia

Perth

Wydawać by się mogło, że dekada nieobecności w Australi, mogła sprawić, iż mogłem mieć problemy z rozpozaniem wielu miejsc. Nic z tych rzeczy – aż tak bardzo się tam nie zmieniło. Akurat to wydaje mi się czymś optymistycznym. Nie czułem jakiejś wielkiej różnicy cywilizacyjnej pomiędzy PL a AUS. Kiedy leciałem do AUS po raz pierwszy (styczeń, albo luty 2001r), różnice były ogromne. Odczułem to szczególnie, kiedy zacząłem tam studiować. Zresztą teraz odwiedziłem swoją szkołę, udało mi się wejść do newsroomów, studia tv i wszystkich pomieszczeń, w których pracowałem. Świetne uczucie i chyba jedyny moment kiedy poczulem odrobinę nostalgii.

Curtin University Journalism

Curtin University

 

Continue reading