3 tygodnie do maratonu

Jak pech to pech. Nie wystartuję w niedzielnym półmaratonie we Wiązownej. Przed weekendem doczepił się i powalił jakiś wirus. Niby nic, ale kaszel, katar i ogólne przemęczenie organizmu odebrały mi chęci i siły do treningu. Teraz jest lepiej, powrót na biegowe szlaki planuję na sobotę, a to oznacza 1,5 tygodnia przerwy w treningu. Oczywiście przebiegłbym w niedzielę zawody we Wiązownej, ale zdrowy rozsądek podpowiada wycofanie się. Muszę mieć na względzie przede wszystkim swoje zdrowie i maraton w Rzymie, który przecież biegnę za 3 tygodnie! Już powoli godzę się z tym, że nowej życiówki raczej tam nie pobiję.
Biegać nie mogłem, więc miałem trochę więcej czasu dla siebie. Postanowiłem wykorzystać to i mimo że generalnie dbam o to co jem, zacząłem się bardziej przykładać się do swojego jadłospisu. Znów do codziennego menu wrócił jarmuż, szpinak, kasza jaglana, quinoa i surowe owoce/warzywa. Piłem też sporo spiruliny. A przed chwilą przypomniałem sobie o pieczonych burakach, które właśnie robię na jutro do pracy. Zmieszam z szpinakiem i quinoą.

Obrazek tu jeszcze przed pieczeniem :)

PS. Dostałem dziś maila, że jednak znalazło się dla mnie miejsce na Chudym Wawrzyńcu. Czyli wychodzi na to, że ludzie zapisują się na biegi jak oszalali, a potem nie wpłacają kasy i tylko robią zamieszanie. Właśnie przez to nie pobiegnę w Chudym, bo w międzyczasie trzeba było na szybko wymyślić jakąś alternatywę. Ostatecznie stanęło na Sudeckiej Setce i Adventure Run.

Advertisements

Jak pech to pech

Pamiętacie pewnie jak nie wylosowali mnie na “Rzeźnika”. Jakoś to przebolałem. Nowym celem i wyzwaniem był powrót sierpniowy na trasę Chudego Wawrzyńca (80+km). Niestety, biegi ultra chce w Polsce biegać coraz więcej osób. Limit 700 osób na Wawrzyńca został przekroczony, organizatorzy zapowiedzieli losowanie, w którym oczywiście odpadłem :). Ze względu na moje “szczęście” chciałem zagrać w Totka (kumulacja 25 mln.) Też się nie udało. Nie miałem gotówki, a w Promenadzie jak na złość wysiadły wszystkie bankomaty. Welcome to my life :). Oczywiście nie poddaję się jeśli chodzi o ultra. Dominik (którego wylosowali na Wawrzyńca, ale solidarnie rezygnuje z biegu) wymyślił taki plan:

czerwiec – Sudecka Setka
lipiec – Adventure Run

Jeśli chodzi o trening to tu jest akurat dobrze. Od kilku tygodni pracuję nad szybkością. Robię przede wszystkim tempówki (a mniej klasycznych interwałów). Plan wygląda tak – pon – wolne, wt – szybkość, śr – recovery run, czw – szybkość lub siła, pt – wolne, sobota – wolno + przebieżki, nd – długie wybieganie. Czuję, że są postępy ale wszystko i tak wyjdzie w praniu, czyli na zawodach.  Pierwsze już za 2 tygodnie we Wiązownej.

Na koniec krótki film o bieganiu i macieżyństwie:

Przy okazji polecam WegeMaluch , portal i sklep internetowy dla wegetariańskich/wegńskich dzieci i rodziców. Zaopatruje się tam m.in. w ekologiczną chemię :)

zdrada biegowych ideałów ;)

photo 26

Jestem w stanie biegać po najgorszym mrozie, ale nie cierpię ślizgawki i zawalonych błotem śniegowym chodników. Po ostatnim niedzielnym wybieganiu, które trwało ponad 2h:15 min. , a w czasie którego udało mi się zrobić tylko 22 km, doszedłem do momentu kiedy trzeba było coś zmienić. Do maratonu zostało mi 6 tygodni; szybkości nie da się robić w takich warunkach i dlatego postanowiłem zdradzić i zrobić trening na bieżni mechanicznej.

Na bieżni ostatni raz biegałem chyba z 10 lat temu, kiedy chciałem się odchudzić i dlatego częściej odwiedzałem siłownię. Nie wspominam tego dobrze i kojarzy mi się przede wszystkim z bóle kolan i nudą.

Nie jest też tajemnicą, że panuje, trochę nieładne i nieprawdziwe, przekonanie, że biegacze, którzy w zimę uciekają pod dach nie są prawdziwymi twardzielami, bo boją się zimna, kontuzji, itp. Przyznam się bez bicia, niejednokrotnie wypowiadałem podobne opinie.

Teraz mogę się przyznać. W poszukiwaniu szybkości, kardio, itp , sam uciekłem pod dach. Założenia treningu dość ambitne. 30 min wolno (5.20 – 5:00) – 20 min szybko (4.45 – 4.30)  – 7 min wolno (5:20) – 20 min szybko  (4:45 – 4.30) – 10 min wolno (5:10). 87 minut biegania i na liczniku ponad “17 km”, plan calkowicie zrealizowany. Dodatkowo aby zbliżyć się do warunków naturalnych, ustawiłem nachylenie bieżni na 1%. Założyłem i zaprogramowałem swojego Garmina 620 (ustawiłem tempa, czas, itp). To niestety okazało się błędem. Czujnik prędkości znajdujący się w nowym pulsometrze dołączanym do nowych Garminów, mijał zupełnie z rzeczywistością wyświetlaną na bieżni. Średnio tempo wg odczytu bieżni było blisko o minutę szybsze od odczytu zegarka. W 620’ce nie ma szans na kalibracje czujnika z zegarkiem. Wszystko powinno dziać się automatycznie, a niestety w rzeczywiści prezentuje się to dość słabo. Następnym razem sobie to odpuszczę i zostawię tylko funkcję pulsometra.

Generalnie jestem zadowolony z “treningu w miejscu”. Przede wszystkim nieźle się zmęczyłem ( a o to chodziło), a dzięki temu poprawiłem wiarę w moją wydolność oddechową:)  Warto jeszcze zwrócić uwagę na zagrożenia związane z treningiem na bieżni mechanicznej – po pierwsze trzeba być cały czas skoncentrowanych na 100%. Przy dłuższych i szybszych treningach chwila nieuwagi może zakończyć się utratą równowagi i upadkiem. Monotonia to druga sprawa – niedość że się męczysz biegnąc w miejscu, to jeszcze nudzisz się niesamowicie, a czas płynie strasznie wolno.  Muzyka w uszach to chyba jedyne udogodnienie, bo ani oglądać tv ani czytać gazety się nie da.

A dziś wieczorem jeszcze 60 min na wolno. Już nie w miejscu, a na śniegu.