nie ma przerwy w bieganiu

photo 24

Obiecałem sobie przerwę od biegania, ale jak zwykle, na obietnicy się skończyło. Wprawdzie w październiku nie mam planu treningowego ale nie wytrzymałem i po prostu robie sobie od czasu do czasu “rekraacyjnie bieganie”. Bardzo dobrze wspominam lekki, nadmorski rozruch, który zrobiłem niedawno w mojej ukochanej Gdyni. To chyba moje ulubione miejsce na trening.  

Jutro maraton we Frankfurcie. Trzymamy kciuki za Dominika (team Polsat Biega), który atakuje nową życiówkę. Jest w piekielnie dobrej formie więc nie powinno być z tym problemów. Dominik jest znakomitym taktykiem i nie daję się, w przeciwieństwie do mnie, łatwo ponieść emocją na trasie wyścigu, więc jak pociągnie wszystko zgodnie z planem, zrobi naprawdę świetny wynik.

A jeśli chodzi o moje planowanie, to wydaje się, że biegowy rok 2014 mam już z grubsza wypełniony startami. Kalendarz trenigowy zbuduję pod 2 duże miejskie maratony, jeden górski bieg ultra oraz półmaraton. Oczywiście biegów będzie więcej, ale to będą moje priorytety. Niedługo napiszę o wszystkim dokładniej.

Advertisements

Maraton Warszawski

3 godziny 29 minut 42 sekundy. Tyle udało mi się nabiegać w niedzielnym PZU Maratonie Warszawskim. Nowa życiówka poprawiona o ponad 10 minut. Zadanie wykonane. Czuje się wrześniowo spełniony. To mój pierwszy maraton, który przebiegłem w średnim tempie poniżej 5 min/km (4:56). Moje średnie tętno wyniosło 153/m, więc można napisać, że biegłem na lekkim zapasie.

photo 1

photo 2

I rzeczywiście – wystartowałem dość spokojnie, około 70 metrów za “balonikiem” na 3:30. Plan był taki, że biegnę na luzie, z założeniem, że nie popełniam błędów z Krakowa, czyli pije na punktach z wodą, nie szaleję z tempem, starając urzymać się w okolicach 5:00 i nie wyprzedzam (!!!!) grupy na 3:30. Szczerze mówiąc, właśnie tak przebiegł mój maraton. Cały czas kontrolowałem sytuację, nie było ściany, nie było kryzysu. Leciałem zgodnie z planem, po prostu ciesząć się biegiem i kibicami, którzy tego dnia dość licznie stawili się na naszej trasie. Zresztą ludzie, którzy wychodzą na ulicę by kibicować maratończykom, chyba nie zdają sobie sprawy jak wiele to dla nas znaczy, jak bardzo pomaga dopingiem. Biegnąc przez Solec, Wilanów, Ursynów, a potem przez Most Poniatowskiego czułem się jak na Igrzyskach. Nieprzerwany szpaler kibiców, transparenty, okrzyki – to po prostu ładuje niesamowitą siłą i stanowi paliwo, które pozwoli przebiec kolejnych kilka kilometrów. Ja sam bylem w bardzo komfortowej sytuacji, ponieważ jak zwykle mogłem liczyć na sprawdzone i zgrane moje “maratonskie crew” –  Ewa, Arek, Andrzej, Ponti, którzy dzielnie przemierzali stolicę aby zobaczyć i wspomóc mnie na 16, 30 i 35 kilometrze maratonu. A na ostatnich 3 km “przejął” mnie Dominik i dopingując i nadając ospowiednie tempo, dzielnie pilotował aż do bramy Narodowego. Niesamowite wsparcie i luksus!

Finisz na Stadionie Narodowym to osobna historia. Przyznam się, że mało pamiętam z mety ubiegłorocznego Maratonu. Byłem po prostu zbyt zmęczony, aby przejmować się tym co się działo na około. W tym roku założenie było inne – cieszę się i napawam finiszem wśród tysięcy kibiców. Celebruję moment biegu przez tunel, a potem ostatniej prostej. Nawet kosztem wyniku. Udało się wykonać wszystko z tej listy, nawet bez urywania z wyniku. Do bramy stadionu doprowadził mnie Dominik, potem jeszcze przed tunelem, do walki na ostatnich metrach zagrzewał mnie Bartezz’a z teamu VR (który zrobił wynik poniżej 3h). Sama płyta Stadionu to doping tysięcy kibiców, który porwał mnie totalnie. Wykrzesałem jeszcze siły, by na ostatniej prostej ścigać się (sądząc po koszulce) z fanem triathlonu. Wygrałem o kilka sekund. Na mecie wyłapali mnie Ewa, Arek, Andrzej, Pont i Kargo, którzy stali zaraz za barierkami. Ogarnęła mnie ogromana radość, a ciało wypełniło się w 100% endorfinami!

photo 3

photo 22

W ogóle to był bardzo udany biegowy weekend, spędzony w doborowym towarzystwie. Sobota była dla nas dniem ładowanie kalorii (najpierw w domu, potem w Loving Hut, a na końcu na pasta party organizowanym przez zespół VEGE RUNNERS (chociaż tu już nie byliśmy w stanie jeść zbyt wiele)). Wieczorem dołączył do nas Bartezz i generalnie zrobiło się już bardzo wesoło. Właściwie zapomnieliśmy o biegu.

Teraz moje ciało domaga się odpoczynku od biegania, dlatego na kilka tygodni (min. 2) zawieszam treningi i oddaje się błogiemu leniuchowaniu. Nie mam już żadnych planów startowych na ten rok, na przyszły jak na razie marzy mi się Rzeźnik.

Teraz po prostu muszę skupić się na trochę innej walce, która też kosztować mnie będzie wiele enrgii.

A to hit thego maratonu, katowaliśmy ten klip w przedmaratoński wieczór, a i na samym maratonie co niektórzy krzyczeli słynne “Richard, Richard !!!!” ;)