RR & JJ

Rich Roll, wegański triathlonista i ultramaratończyk jakiś czas temu zajął się nagrywaniem podcastów (niedługo wydawnictwo Galaktyka wydaje polskie tłumaczenie jego znakomitej książki Finding Ultra. Nie wolno przegapić!). Tematyka oczywiście sportowo-żywieniowa i  w sumie to nie przykładałem do tych produkcji większej uwagi. Najczęściej kończyło się tylko na przeczytaniu skrótów programu. Jednak ostatni podcast Rich’a wyjątkowo przypadł mi do gustu. Wszystko za sprawą obszernego wywiadu/rozmowy z Johnem Josephem, frontmanem legendarnego Cro-Mags, weganinem i triathlonistą. Dla niektórych, rzeczy jakie JJ wygaduje w tym wywiadzie mogą okazać się lekko kontrowersyjne. Ale powiedzmy szczerze, gość z niejednego pieca jadł chleb (m.in. więzienie, US Navy i Hare Krishna), więc ma prawo mówić to co mówi. A mówi dużo. Bardzo dużo :)

John Joseph to jeden z wielu przykładów kiedy kultura hardcore/punk/straight edge przeplata się ze kulturą sportu. Dla mnie jest to mega ważny aspekt mojej aktywności i całego podejścia do weganizmu i sportu. Widzę tu wielki wspólny mianownik.

Wracając do JJ – kilka lat temu jeden z nowojorskich treningów John’a sfilmował i zmontował Patryk z Polygraph Productions. JJ daje kilka cennych porad treningowych i pokazuje jak z Nowego Jorku robi sobie siłownię ;)

Polecam jeszcze dwie książki napisane przez JJ – “Meat is for Pussies” oraz “The Evolution of a Cro-Magnom”. Dla większości z Was ten facet to chodząca kontrowersja, ale wierzcie mi, JJ po prostu wie o czym pisze. 

Teraz powrót na ziemię – dziś wieczorem czeka mnie dość ciężki trening – seria podbiegów, a potem interwały. Pewnie zrobię to na Agrykoli. To ostatni dzwonek aby coś dodać/poprawić przed Chudym Wawrzyńcem. Wyjeżdżam już za lekko ponad tydzień. Strasznie się cieszę na ten wyjazd. Będzie “orka” ale będą też wakacje!

PS. Zauważyłem właśnie, że Galaktyka już niedługo wydaje książkę “14 minut (…)” Alberto Salazar’a – maratończyka, a dziś trenera Mo Farah’a i Galena Rupp’a. Super, bo tego jeszcze nie czytałem.

Advertisements

Świder Marathon

photo 2

photo 1

photo 17

photo 18

Ewa i Arek, czyli nasze wsparcie na trasie

No to przebiegłem swój pierwszy maraton terenowy (razem z Dominikiem) ;) Świder Trail Maratnon, który startował w Otwocku i wiódł wzdłuż rzeki Świder.W poprzednim wpisie narzekałem, że bieg poprowadzono 4-ma pętlami. W czasie biegu zmieniłem swoje nastawienie do tego rozwiązania. Trasa była na tyle fajna, że za każdym okrążeniem odkrywało się jej kolejne uroki. Ważny był również aspekt psychologiczny – ostatnie kilometry biegło się dość łatwo, bo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i ile mamy jeszcze do końca. Punkty sędziowsko-żywieniowe też zdały egzamin, choć proponowanych przez nie izotoników wolałem nie próbować :)

Pierwsze trzy pętle minęły nam szybko i spokojnie. Czwarta, ostatnia, wiadomo, nogi trochę bolały i generalnie chcieliśmy już mety ale mimo wszystko nadal jakoś szło do przodu. Trasa generalnie wiodła dość wąskimi ścieżkami, czasem trzeba było przeskakiwać nad powalonymi drzewami, czasem przechodzić pod nimi. Był moment gdzie przez kilkaset metrów biegło się plażą (tam wąsko nie było:), był wreszcie fragment stromizmy gdzie trzeba było się spuszczać po linie. Biegło się przez pokrzywy, minęło chyba z 15 lat (!!!!) kiedy ostatni raz kiedy się nimi poparzyłem. Na mecie pojawiliśmy się po 4 godz. 23 minutach (odczyt z mojego zegarka). Mieliśmy biec wolno (aby się nie zajechać), więc czas dość “wolny”, choć nie wolno tego porównywać z wynikami maratonów ulicznych, bo bieg terenowy to zupełnie inna bajka. Chyba lepsza.

Przed biegiem zdawałem sobie sprawę, że organizacja tej imprezy to sprawa dość kontrowersyjna. W sieci można się sporo o tym naczytać. Najczęściej powtarzającym się zarzutem jest słabe oznakowanie trasy – rzeczywiście, w tym roku aż 3 razy pomyliliśmy/szukaliśmy trasy biegu. Albo ktoś złośliwie ściągał taśmy oznaczające trasę biegu, albo po prostu organizatorzy przegapili sporo miejsc. Jedna z naszych “trasowych” wątpliwości mogła zakończyć się naszą dyskwalifikacją, bo totalnie omijała punkt kontrolny na którym spisywano numery zawodników (taka weryfikacja na piechotę).  Na szczęście wybraliśmy dobrą trasę! Do negatywów należy też zaliczyć brak elektronicznego pomiaru czasu. Cała klasyfikacja była mierzona “na oko”.

Na szczęście minusy tego biegu nie przysłoniły plusów. Głównym celem startu w tym maratonie był trening pod Chudego Wawrzyńca. Chciałem wolno pobiec w terenie, z “pełnym obciążeniem” (zapakowany plecak), dobrze spędzić czas, a przy okazji zobaczyć rzekę Świder. Wszystkie zaplanowane cele zostały osiągnięte.

2,5 tygodnia do Chudego Wawrzyńca!

Tutaj znajdziecie więcej zdjęć ze Świdra. Nawet ja z Dominikiem załapaliśmy się do fotorelacji.

Start za 5 dni

photo 16W najbliższą sobotę biegnę w Świder Trail Maraton. Wczoraj zrobiłem ostatnie średnio-dłuższe wybieganie (leśne 23 km). Wreszcie opublikowano dokładną trasę sobotniego maratonu. Niestety, trochę się zawiodłem – zamiast malowniczego biegu wzdłuż rzeki Świder, zafundowano nam 4 pętle po 10 km. Podobno powodem tej zmiany jest remont mostu na Wiśle. Ok, rozumiem to, bezpieczeństwo i odpowiednia logistyka biegu ponad wszystko, ale ja nie lubię biegać w kółko ;) W tym maratonie startuje tylko 53 osób, jednocześnie odbywają się biegi na 21, 10 i (chyba) 5 km (w tych biegach startuje już ponad 400 osób). Wiadomo, że każdy będzie dostosowywał tempo do swojego dystansu – łącząc to z zapowiedzią organizatorów, że bieg odbywa się po bardzo wąskich ścieżkach, gdzie trudno o wyprzedzanie, wychodzi na to, że w sobotę nad Świdrem może być baaardzo tłoczno. Zobaczymy jak będzie. Nie nastawiam się na wynik. Ten start to po prostu trening przed biegiem Chudego Wawrzyńca, mimo wszystko wolałbym aby odbył się w raczej normalnych warunkach.

O mój i Dominika komfort w czasie biegu będzie dbał Arek, który na nasz bieg przyjeżdża specjalnie z Gdyni. Arek ma doświadczenie w sekundowaniu na maratonach, nieraz już byłem pod jego opieką. Taka osoba to dla biegacza prawdziwy skarb. Po pierwsze logistyka – wie dokładnie co ma podać na którym kilometrze. Ale chyba najważniejszą sprawą jest wartość psychologiczna jego obecności. Ja swój bieg buduję z “małych cegiełek”, tak abym wiedział na co czekam – na 10 km woda, żel, na 20 izo, na 25 znów żel, a np. na 35 km czeka ktoś znajomy (Arek), którego widok będzie działał lepiej niż najlepszy żel:) W głowie tworzę ciąg zdarzeń, które na mnie czekają, tak żebym nie myślał tylko o tych ponad 42 km, które masz do pokonania. Osobiście dla mnie to sprawa podstawowa. Pomaga i motywuje w wysiłku.

Teraz do soboty tylko odpoczynek, lekkie bieganie i ładowanie kalorii. W zeszłym tygodniu prócz niedzielnego wybiegania “robiłem” jeszcze górki na Agrykoli (wtorek), w czwartek była tempówka, w sobotę bieg regeneracyjny.

Back to reality

Obrazek

Wróciłem już z krótkiego, acz bardzo relaksującego urlopu. Przez tydzień odpoczywałem, trenowałem podbiegi (a przede wszystkim zbiegi), popływałem, jadłem tony warzyw i owoców (zero soi) i nadrobiłem czytelnicze zaległości. Było bardzo fajnie. Szczególnie jeśli chodzi o trening. Przed samym wyjazdem czytałem niezwykle pouczający artykuł Jang’a, w którym radzi jak przygotować się do pierwszego, górskiego biegu ultra. Szczerze przyznam, że te kilkadziesiąt zdań nieźle mnie wystraszyło. Dlatego kiedy dotarłem na wakacje, strasznie ucieszyłem widząc dookoła górki. Zrobiłem 4 sesje treningowe, które generalnie ograniczyły się do wbiegania i zbiegania (oczywiście z różną intensywnością) na wyższe lub niższe wzniesienia. Mimo że od mojego powrotu minęło już kilka dni, i zdążyłem zrobić już w Warszawie dwa treningi (wybieganie ponad 30 km), wakacyjne zbiegi czuję w nogach :)  Obrazek

Dzień przed wyjazdem dostałem telefon z Garmin’a, że moja 610’tka jest już do odebrania z serwisu. Do końca nie wiem co się zepsuło w moim zegarku, na papierach nie ma szczegółów. Dla mnie ważne jest jednak to, że po tygodniu dostałem nowy zegarek. Całe szczęście, że zajęło im to tak mało czasu, bo przez tydzień biegałem z 410’tką (dostałem ją jako “zegarek zastępczy” od Garmin Polska – jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI). Muszę przyznać, że z tak mało “user-friendly” urządzeniem dawno już nie miałem do czynienia. Aby poskromić ten zegarek musiałem otworzyć instrukcję oraz dodatkowo posiłkować się filmikami z youtube’a, coś czego dawno nie robiłem. Chociaż zauważyłem jedną rzecz w której Garmin 410 wygrywa z 610’tką – kiedy robię długie wybiegania po lesie, często korzystam z funkcji “wróć do celu”. To bardzo przydatna funkcja zegarków biegowych Garmin, pozwalająca na swobodne i bezstresowe bieganie w nowym, nieznanym terenie. Nie trzeba martwić się o zapamiętanie drogi powrotnej. Po prostu w momencie podjęcia decyzji “dobra, zawijamy się”, zegarek Garmin’a, niczym samochodowy GPS poprowadzi nas w miejsce gdzie rozpoczęliśmy trening. W tym wypadku muszę powiedzieć, że 410’tka wydała mi się o dziwo sprawniejszą w odczytaniu powrotnej drogi (szybsza analiza i obróbka śladu gps oraz lepsza komunikacja zmiany kierunków).

Za mniej niż 3 tygodnie startuję w Świder Trail Maraton. Na liście startowej biegu na 42 km widnieje 48 tylko osób ( odbędzie się również półmaraton oraz biegi na 10 i 5 km). Potem 3 tygodnie odpoczynku i ruszam w góry na Chudego Wawrzyńca. Fizycznie nadchodzą dla mnie dość ciężkie tygodnie, ale dla psychyki będzie to raczej pełen detox :)