Czwartkowe bieganie na Agrykoli

narastajace tempo run

Dziś trener zaserwował nam bieg z narastającym tempem. Szczerze? Ten trening jest dla mnie jednym z najcięższych jakie biegam, nienawidzę tego, a jednocześnie kocham, bo wiem, że daje rewelacyjne efekty. Doskonale ćwiczy nogi, płuca i serce. Uczy ciało szybkości i wytrzymałości.

Schemat treningu był prosty – najpierw 30 min. wolno, potem 15 min. tempem maratońskim i na koniec 8 min. tempem interwałowym (końcowe tempo 4.18). Pierwsze pół godziny tempo konwersacyjne, więc wsłuchiwałem się w opowieści chłopaków o połówce w Wiązownej. Potem przyśpieszenie i wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa ;) Biegłem razem z Darkiem. Walczyliśmy pięknie i dzielnie. Do samego końca. Ten bieg przypomniał mi, że takie treningi po prostu trzeba biegać w grupie. Samemu nigdy nie narzuciłbym – i co ważniejsze – nie utrzymałbym takiego tempa.

Powyżej wklejam wykres mojego tętna w czasie tego treningu (max. 169 uderzeń/min, średnie 154 uderzeń/min. Zupełnie ok jak na taki trening).

Advertisements

Nowe “Bieganie”

photo 6Dobrze jest zacząć dzień od znalezienia w skrzynce pocztowej “dodatkowej” motywacji do wieczornego treningu. Jestem dopiero po przekartkowaniu najnowszego numeru “Biegania”. Jak na razie, moim faworytem jest artykuł/recenzja książki braci Hanson, “Hansons Marathon Method”.

Niedziela

Nie pobiegłem dziś półmaratonu w Wiązownej. Zabrakło mi 24 godzin do pełnego zdrowia i przynajmniej jednego rozsądnego treningu. Ostatni miałem w poniedziałek wieczorem, więc nie było sensu dziś startować. To dla mnie zupełnie nowe biegowe doświadczenie – opuścić bieg z powodu zdrowia. Nie chciałem ryzykować  m.in. dlatego, że w najbliższych dniach i tygodniach przybędzie mi najprawdopodobniej trochę nowych obowiązków pozabiegowych, które wymagają ode mnie 100% zdrowia. Dzisiejszy półmaraton i tak traktowałem jako start treningowy i kontrolny – mimo wszystko „niesmak pozostał”:) Po prostu powtarzam sobie jak mantrę, że „odpoczynek to też trening” i planuje dalej. Mam nadzieję, że wszystkim biegaczom w Wiązownej dopisało szczęście – mimo że pogoda (bardzo mocny wiatr) musiał strasznie im tam dokuczać.

Ale w świecie biegowym dzieje się naprawdę sporo. Oto kilka biegowych newsów, które zwróciły moją uwagę:

– W Hong Kongu swoją przygodę z zawodami biegowymi zakończył dziś najstarszy maratończyk świata Fauja Singh, 101 letni Sikh z brytyjskim paszportem. Pobiegł zawody na 10 km w Hong Kongu. Fauja zawsze podkreślał, że jego dieta  wegetariańska jest jednym ze źródeł sukcesów w bieganiu.

– A jeśli jesteśmy w Hong Kongu to team Salomona wypuścił kolejny świetny film o bieganiu. Tym razem padło na zawody właśnie w Hong Kongu. Dobrze zmontowane, miłe dla oka. Dodatkowy punkt za pokazywanie innych marek biegowych.

– Już za tydzień, bo 3 marca, startuje w Meksyku jeden z najbardziej znanych ultramaratonów – Copper Canyon Ultramarathon. Impreza, która jest marzeniem chyba każdego ultrasa, znana głównie dzięki książce „Urodzeni Biegacze”. W tym roku będzie to specjalna edycja biegu. Wszystko przez tragiczną śmierć, słynnego Caballo Blanco, twórcy i pomysłodawcy tego ultramaratonu, który zmarł w marcu ubiegłego roku. Z tego smutnego, powodu nazwę imprezy zmieniono na „Caballo Blanco Ultramarathon”.

– No i dziś w Nowym Orleanie Mo Farah biegnie* półmaraton.

* Mo Farah wygrał półmaraton w Nowym Orleanie. Jego czas to 1h1min.

Obiad biegacza

photo 5

Ta strona na pewno nie jest i nie będzie blogiem kulinarnym. Prawdą jest jednak, że sporo osób dopytuje o moją dietę i o jej łączenie z bieganiem. Nie jestem w tej dziedzinie żadnym ekspertem ( i nie chce za takiego być uważany). Staram się po prostu jeść zdrowo, ale bez jakiegoś odmierzania kalorii, gramów, itp. Wychodzi ok.

Ale jeśli jesteście ciekawi, to właśnie tak wyglądał (zdjęcie) mój wczorajszy pracowy “lunch box” – quinoa+tofu+surowa cebula+szczypiorek+kurkuma+olej kokosowy. Smakowało, choć mogłem zrobić tego trochę więcej. Za przekąski służyły mi wczoraj suszone figi, daktyle *wszystko suszone naturalnie, zero siarki, itp.) i orzechy brazylijskie. Wszystko zjedzone pod lekki wieczorny trening …. który się nie odbył. Niestety poczułem, że coś mnie bierze, jakiś wirus walczy aby przejąć kontrolę nad moim ciałem. Na razie funkcjonuję ok, nie poddaje się, ale do dzisiejszego treningu (na który się wybieram) piję na wszelki wypadek hektolitry zielonej herbaty z imbirem. W niedzielę półmaraton w Wiązownej (a właściwie to “w Wiązownie”). Miałem cichą nadzieję na “życiówkę”, ale obserwując pogodę i moje zdrowie, wydaje się, że niedziela będzie dniem walki w zupełnie innym wymiarze :).

Śniadanie

photo 4

Nie wiem czy to “śniadanie mistrzów” ale przyznam, że naprawdę wchodzi mi rano owsianka. Szybka do przyrządzenia, łatwa w improwizacji (wrzucasz co masz pod ręką), a ładuje zdrową energią na kilka dobrych godzin.

Dziś do płatków owsianych (robionych oczywiście na wodzie) dodałem siemię lniane, ananasa i trochę sproszkowanego białka z … konopi (smak czekoladowy, dużo białka+ Omega 3, Omega 6 + inne dobro).

Na zdjęciu może nie wygląda to zbyt dobrze, ale uwierzcie mi – to dobry starter na cały dzień (szczególnie ten treningowy:).

Wieczorem w planach regeneracyjny trening z Łukaszem, który właśnie bawi w stolicy na gościnnych występach. Pobiegamy po centrum miasta. Dawno mnie tam nie było.

Paliwo

photo 3

Tydzień temu zrobiłem 2 h wybieganie, wyszło tego ponad 23 km, czyli raczej bez szału. Większość trasy tych moich weekendowych wybiegań prowadzi przez las. Piękna okolica, ale zimą podłoże jest niezwykle wymagające – wszędzie śnieg, a jak nie śnieg to lód. Bardzo cięzko się po tym biegnie – trzeba cały czas walczyć o utrzymanie pionu, a jednocześnie napierać do przodu. Po powrocie z tego treningu stało się coś dziwnego – czułem się gorzej niż po maratonie. Dopadła mnie wszechogarniająca słabość. Od razu wpakowałem się do łóżka i spałem 2h. Po przebudzeniu zadałem sobie pytanie o co chodzi z tym zmęczeniem? Wiem, że dopiero teraz nabieram formy, że od dwóch miesięcy robie przede wszystkim siłę biegową (niestety na szybkość pogoda nie pozwala), ale żeby od razu “tak umierać” po biegu? Chyba lekka przesada. Nic mądrego nie wymyśliłem, za to przypomniałem sobie, że istnieje coś takiego jak żele energetyczne i batony. Nie sięgałem po te specyfiki od wrześniowego Maratonu Warszawskiego, po prostu nie było potrzeby, nie trenowałem aż tak ciężko aby sięgać po tego typu “dopalacze”.

Ale dziś rano, mając cały czas w pamięci ubiegłotygodniową męczarnie, na moje dłuższe wybieganie uzbroiłem się w Cliff Bar’a i żel SIS. Dwa bardzo fajne wegańskie wspomagacze biegaczy. Na trasie skorzystałem tylko z batona ( przede wszystkim dlatego, że ma super smak), który pomógł mi w drugiej części treningu. Z żelu nie skorzystałem, bo nie czułem potrzeby.

Moja rada – czasem dobrze zabrać ze sobą na trenig jakieś koło ratunkowe. Nie trzeba z niego korzystać, wystarczy sama świadomość, że mamy w kieszenie coś co jest w stanie pobudzić nasze pokłady energii, która gdzieś tam jeszcze zalega.

– Żele SIS (ang. Science in Sport) można dostać w każdym lepszym sklepie dla biegaczy. Ja swoje kupuje w Ergo .

– Produkty Cliff Bar są niestety niedostępne w Polsce. Sprowadzam je z UK. Czekam na polskiego importera.

W grupie raźniej

Wczoraj na treningu Polsat Biega robiliśmy, niezłe, „walentynkowe” bieganie. Trener powiedział, że zajęciach będziemy go albo kochać, albo nienawidzieć. Miał rację. Biegaliśmy na stadionie Agrykoli – a zadaniem na czwartkowy wieczór była piramida interwałowa (tempo szybkie) —>start 1000 m – wolno 3 min – 800 m – wolno 2 min – 400 m – wolno 1 min – 400 m – wolno 1 min – 800 m – wolno 2 min – 1000 m – schłodzenie. I rzeczywiście, gdzieś w środku treningu szczerze „nienawidziłem” trenera. Biegało się trudno (mimo że na bieżni, połowa stadiony była przykryta śniegiem), szybko, na bezdechu – czyli to czego szczerze „nienawidzę” i zarazem wszystko to co powoduje, że biegam lepiej i szybciej. Bo prawda jest taka, że można sobie biegać wolno, zwiększać kilometrarz itp, ale prawdziwe postępy robi się akcentami, czyli tempo run’em, interwałami czy biegami z narastającym tempem, itp. Jestem świeżynką, a nie żadnym trenerem, ale moje blisko 3 letnie doświadczenie biegacza podpowiada mi, że właśnie tak jest.

Druga refleksja jaka ze mną chodzi od kilku treningów jest taka, że polubiłem biegać w grupie. To nowość, bo kiedyś zdecydowanie interesowały mnie treningi indywidualne. Słuchawki w uszy i jazda do przodu. Teraz gdy słuchanie muzyki w czasie biegania lekko mnie irytuje, a nie mam na razie fajnych audiobook’ów do słuchania, po prostu nauczyłem odczuwać radość kiedy ktoś biegnie obok mnie. Taki nowy rodzaj biegowej podniety. Docieniłem to niedawno, podczas wizyty Sołci w Warszawie. Udało nam się zrobić dwa bardzo fajne treningi. Raz biegaliśmy w Łazienkach Królewskich (biegaliśmy z Dominikiem), drugi na Wawrze. Po każdym treningu sesja „yoga for runners” (ale to temat na kolejny wpis).

solcia wawer solcia dominik

Jutro przed pracą muszę zrobić 2h wybiegania, niedziela to recovery run. Półmaraton w Wiązownej już 24 lutego.

Nogi i Płuca

legsandlungs

Czasy mamy takie, że kupno butów i ubrania do biegania nie stanowi żadnego problemu. Sklepy dla biegaczy wyrosły (i rosną) jak grzyby na deszczu. Jeśli ktoś ma ochotę i czas, idzie do sklepu stacjonarnego, kto inny, komu zależy na czasie – korzysta ze sklepów internetowych. Dla każdego coś dobrego- do wyboru do koloru. Ale w tym natłoku dobra doskwiera mi pewien konsumpcyjny dyskomfort – brak mi odzieży biegowej, ale właśnie takiej nie przeznaczonej do trenigu. Zwykłych t-shirtów, bluz, czegoś co mogę nałożyć idąc do pracy, do kina, na spotkanie ze znakomymi, a czegoś co wyróżni mnie z tłumu i będzie podkresłało przynależność do tej elitarnej subkultury biegaczy. Coś z bawełny, a nie plastiku. Oczywiście są rzaczy od Nike’a, NB, ale mi nie chodzi o rzeczy od wielkiech graczy. Bo kiedy wszystko jest tak łatwdostępne, podświadomie zaczynam szukać czegoś innego.

Dlatego ucieszyłem się gdy w swojej skrzynce pocztowej znalazłem przesyłkę od Legs and Lungs (z ang. “Nogi i Płuca”) – młodej marki odzieżowa z Indianapolis w USA. Legs and Lungs tworzy koszulki, czapki, które wyróżnią biegaczy i kolarzy z szarego tłumu i po prostu inspirują do ruszenia na trening. Taki “Fight Club” ludzi od biegania.

“It is a wink and nod to those select others that finished 20 miles before the city woke up, burned more calories in one day than some do all week, and rest knowing we will be doing it all again the very next day.” – cytat ze strony L&L

Duch Maratonu II

W sieci pojawił się wreszcie pierwszy trailer drugiej części filmu “Spirit of the Marathon”. Historia biegaczy z różnych części świata, (od amatorów po zawodowców) trenujących do maratonu w Rzymie. Od razu widać, że zapowiada się nieźle.

Pierwszą część filmu obejrzałem w czasie treningów do pierwszego maratonu. Jeszcze wtedy pokonanie 42 kilometrów po prostu nie mieściło mi się w głowie. Oglądanie filmu było doskonałą terapią i źródłem motywacji – jak oni mogą to i przecież ja dam radę. ten film to po prostu świetna wykładnia powodów dla których ludzie zaczynają biegać i dla których pakują się w maraton;) Od chęci starty kilku (kilkunastu?:)) kilogramów, przez zbiórki funduszy na cele chartytatywne, aż po kasę dla siebie (zawodowcy).

Słyszałem, że są biegacze, dla których seans “Ducha Maratonu”to podstawa w wieczór  poprzedzający start na 42195m. Taki naturalny/legalny doping.

Zima nie odpuszcza

ObrazekWychodząc rano do pracy nie przpuszczałem, że kiedy będę wracał do domu po pracy i treningu, zastanę taki widok. Trochę to przybijające, bo wydaje mi się, że takiego śniegu to u nas jeszcze tej zimy nie było. Nie wiem jak i gdzie zrobie jutrzejsze interwały. Ja wiem, że zima jest po to aby robić/budować siłę biegową (dlatego pewnie wczoraj na treningu znów przez ponad godzinę biegaliśmy pod Agrykolę), ale tęsknię za szybkością (za kilka tygodni przyjdzie mi pewnie przeklinać to zdanie) – pewnie dlatego, że czuję jej brak.