Szczawnica i cała reszta

Pod koniec kwietnia biegłem “Niepokornego Mnicha”, czyli najdłuższy dystans Biegów w Szczawnicy. Było jak zawsze – po zapisaniu się na zawody czułem typową ekscytację i sporą dawkę motywacji, na 2 tygodnie przed ślubem wybrałem się nawet do Szczawnicy na “zwiad trasy” i chwilę samotnej refleksji nad życiem. Było świetnie, potem polecieliśmy na blisko miesiąc do Australii i tam plan treningowy zupełnie mi siad. Oczywiście coś tam trenowałem, ale powiedzmy sobie szczerze – słabe to było. Tak naprawdę dopiero w połowie lutego zacząłem poważniejsze przygotowania do “Mnicha”, wybiegania sporo ćwiczeń siłowych na nogi mobility i brzuch. Wszystko w domu przed telewizorem, na macie do jogi.

przepak przelecz gromadzka niepokorny mnich

Przepak na Przełęczy Gromadzkiej

Mimo że teoretycznie był to najtrudniejszy ultramaraton w jakim dotychczas startowałem, o dziwo biegło się super. Nie miałem większych kryzysów. Przy pierwszym podbiegu do Schroniska na Przechybia (to biegliśmy jeszcze po ciemku), zacząłem odczuwać ból kolana i stopy. Trochę spanikowałem, ale wyłączyłem myślenie i o bólu przypomniałem sobie dopiero na mecie. Poza tym, oczywiście, odczuwałem duże zmęczenie miałem jednak w głowie słowa organizatorów z odprawy przed zawodami – nie poddawajcie się na przepaku na 44 km (podobno najwięcej biegaczy wysypuje się właśnie na Przełęczy Gromadzkiej, gdzie zlokalizowany jest punkt kontrolny i jedyny przepak na trasie), bo potem, tam na Słowackiej stronie jest trochę lżej. I rzeczywiście, u naszych południowych sąsiadów górki były jakby mniejsze, a widoki (na Tatry) znacznie fajniejsze.

profil trasy niepokorny mnich

trasa Niepokornego Mnicha do kieszeni

Na “Mnichu” przewyższenia były naprawdę spore, w sumie blisko + –4400m, przebiegłem bo po prostu zafiksowałem się, skupiłem i można powiedzieć, że większość wyścigu biegłem bardziej głową niż nogami. Nie powiem, podejścia nie szły mi zbyt dobrze. Nadrabiałem na zbiegach i płaskim. Nowością (i tym co mnie przerażało najbardziej przed biegiem), był fakt, że biegłem solo. Na kilka tygodni przed startem, Dominik czyli mój “partner in crime” złapał kontuzję po Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim (właściwie wychodzi z tego do dziś). Taki bieg wymagał zupełnie innego nastawienia w głowie, niż w czasie wcześniejszych ultra. Na szczęście byłem w stanie tego dokonać. Jakimś sposobem na to był bieg z muzyką, coś czego na ultra nigdy dotąd nie próbowałem. W Pieninach sprawdziło się i pomogło wytrzymać godziny na trasie.

niepokorny mnich trasa garmin

zrzut trasy z Garmin Connect

Moim celem na Szczawnicę było zmieścić się w limicie czasu (17h). Na mecie miałem ponad 30 min zapasu. Garmin pokazał ponad 100 km. Nie czułem się jakoś na maksa wyczerpany, bez problemu, choć z pomocą Ewy, doczłapałem do hotelu.

Processed with VSCO with g3 preset

na mecie Mnicha

A już 17 sierpnia startuję w Kaszubskiej Poniewierce. To dla mnie trochę powrót do źródeł, do czasów młodości. Start w Wieżycy i meta w Sopocie. 100 km przez Kaszubskie pojezierze i lasy. Coś pięknego, bo to tereny które znam od dziecka. Spędziłem tam wiele czasu z rodzicami, a potem z harcerzami – przez co czuję, że wracam do siebie.

12552455_513789148793407_1679828893_n

strasznie mi się podoba logo Kaszubskiej

Kaszubska Poniewierka wygląda na dość kameralną imprezę, organizowaną przez przyjaciół-zapaleńców. Już nie mogę doczekać się startu, szczególnie, że liczę na doping i wsparcie najbliższych. Przecież to prawie jak powrót do domu!

W sierpniu wybieramy się na urlop. Szczerzę mówiąc bez konkretnych planów na wyjazd. Jak co roku przylatuje do nas Ash z Australii i w sumie jest taki pomysł, żeby pojechać do Białowieży (póki jej minister Szkodnik nie wytnie) i nad morze .. pokazać chłopakowi północnej Polski, bo na razie zwiedzaliśmy razem południe, centrum i zagranicę.

Downunder (styczeń/luty)

Dawno mnie tu nie było, a wydarzylo się bardzo wiele. Większość – samo dobro, choć po drodze zdarzały się rzeczy bardzo smutne (o tym na końcu).

W połowie stycznia polecieliśmy do Australii. De facto byla to nasza podróż poślubna. To był mój powrót na Antypody po ponad dekadzie nieobecności. Odwiedziliśmy Perth ( i okolice), Melbourne (i okolice), potem samochodem, wzdłóż wybrzeża Pacyfiku pojechaliśmy do Sydney. Zajęło nam to kilka dni, ponieważ po drodze odwiedzaliśmy Parki Narodowe. W sumie ponad 3 tyg wakacji. Nasze wszystkie plany zostały zrealizowane, złych przygód nie doświadczyliśmy, bawiliśmy się świetnie. Spotkaliśmy mnóstwo świetnych ludzi (starych, sprawdzonych przyjaciół, jak i nowe twarze). Pogoda wspaniała, choć muszę przyznać, że zmiany pogodowe dotyczą i dotykają również Australię. Lato nie było strasznie ciepłe, a styczniowe deszcze, które kilka lat temu były niedopuszczalne w suche, australijeskie lato, dawały o sobie znać od czasu do czasu. Chociaż tam gdzie jechaliśmy, słońce podążało za nami.

Bondi beach Sydney Nowa Południowa Walia

plaża Bondi w Sydney

Jeżeli ktoś z Was wybiera się do Australii i szuka porad, wskazówek, itp. – piszcie do mnie, na pewno coś podpowiem.
Australia jest dość doroga dla turystów z nad Wisły, ale dzięki pewnym trickom można sprawić, że będzie łatwiej. Na pewno da się dolecieć do Australii za relatywnie małe pieniądze. Nie trzeba wydawać ponad 4000 PLN. Dzięki doświadczeniu w szukaniu tanich biletów udało się nam zamknąć w sumie 2500 PLN za osobę (i to z wewnętrznym lotem PER-MEL Qantasem).

Perth City Zachodnia Australia

Perth

Wydawać by się mogło, że dekada nieobecności w Australi, mogła sprawić, iż mogłem mieć problemy z rozpozaniem wielu miejsc. Nic z tych rzeczy – aż tak bardzo się tam nie zmieniło. Akurat to wydaje mi się czymś optymistycznym. Nie czułem jakiejś wielkiej różnicy cywilizacyjnej pomiędzy PL a AUS. Kiedy leciałem do AUS po raz pierwszy (styczeń, albo luty 2001r), różnice były ogromne. Odczułem to szczególnie, kiedy zacząłem tam studiować. Zresztą teraz odwiedziłem swoją szkołę, udało mi się wejść do newsroomów, studia tv i wszystkich pomieszczeń, w których pracowałem. Świetne uczucie i chyba jedyny moment kiedy poczulem odrobinę nostalgii.

Curtin University Journalism

Curtin University

 

Continue reading

Grudzień 2015

Oj sporo się ostatnio działo w moim życiu. Samo dobro, można napisać. Ale po kolei.

Zostałem wylosowany (razem z Dominikiem) na “Niepokornego Mnicha”, który wystartuje kwietniu 2016 roku. 96 km po Pieninach (polskich i słowackich), + 4000/4000 m przewyższeń i 17h limitu. Wszystko w ramach Biegów w Szczawnicy. Zapowiada się moje największe wyzwanie biegowe. Z tej okazji stwierdziłem, że z tej okazji zrobię coś czego nigdy, w mojej biegowej karierze, wcześniej nie robiłem. Pojechałem potrenować w góry. Co więcej, to był wyjazd solo. Wiedziałem, że czekają mnie nowe wyzwania, dlatego chwila samotności, dystansu do wszystkiego + kontakt z naturą, po prostu miała mi dobrze zrobić. I zrobiła.

Pojechałem do Szczawnicy, skąd startuje i “metuje” Niepokorny Mnich. Zrobiłem dwa treningi – najpierw sprawdziłem pierwszy podbieg wyścigu do schroniska na Przechybę,

szczawnica przehyba bieganie garmin

Na Przehybę

drugi na Słowacji ze słynnym już ostatnim odcinkiem wyścigu, zwanym “próbą charakteru”.

szczawnica pieniny slowacja bieganie garmin

Na Przehybę

Z dwóch treningów wyszło blisko 50km. Było super – zimno, górsko, trochę śnieżnie i samotnie.

pieniny zachod slonca bieganie

Pieniny

Przehyba bieganie

Widok ze schroniska na Przehybie, widać Tatry

pieniny slowackie tatry bieganie

widok na Tatry

W Szczawnicy, Pieninach, byłem pierwszy raz. Bardzo ładne, prawie wyludnione o tej porze roku, uzdrowisko. W lato musi być tam niezły tłok. Tras do biegania bez liku, szlaki w miarę dobrze oznaczone, zasięgu GSM raczej pod dostatkiem. Do planowania tras i orientacji, używałem świetnej strony  mapa-turystyczna.pl  Polecam wszystkim. Szkoda, że ich apka dostępna jest tylko na Android’a.

Jeśli chodzi o sprzęt, to również i w tej materii pojawiły się nowości. Wypad w Pieniny był świetnym pretekstem do przetestowania nowych gadżetów biegowych. Zamiast Cascadii Brooks’ów, zabrałem ze sobą Inov8  Roclite 280. Cascadie nie wytrzymały trudów Łemkowyny. Na oby butach (Cascadia 10), w tym samym miejscu, pojawiły się wielkie dziury, przetarcia. Na szczęście producent uznał moją gwarancję. Na góry zakupiłem Roclite 280 (rewelacja – bałem się ich minimalizmu, odchudzeni i wszystkiego innego z czego znany jest Inov8, ale strachy na lachy – to wszystko są zalety tego buta!), a w ramach gwarancji Brooks’a, Cascadie 10 wymieniłem na świetny Pure Cadence 4. Świetnie sprawdziła się również kurtka Kurtka Inov-8 Raceshell 220. Zrobiłem już w niej Łemkowynie, ale dopiero w Pieninach mogłem ją sprawdzić w zróżnicowanych warunkach pogodowych.

wodoodporne skarpety dexshell bieganie

Ale odkryciem roku i tak będą skarpety Dexshell. Wodoodporne, membranowe, skarpety do biegania. Świetnie sprawdzają się w terenie, pasują na stopę z butem terenowym. Normalnie odkrycie roku. Kiedy odpakowywałem przesyłkę i po raz pierwszy dotknąłem dexshell’i, byłem trochę zdziwiony tym co kupiłem. Na pierwszy rzut oka (i czucia) wydaje się, że są zrobione z pianki i , że nie zmieszczą się do buta. Ale to tylko odczucie, na stopie pasują naprawdę świetnie i w ogóle poprawiają totalnie komfort biegania po śniegu. W kontakcie z wodą, śniegim odczuwa się zimno, ale po chwili ono mija i zostaje sucha stopa. Nawet na drugi dzień, kiedy na suche skarpety zakładałem kompletnie mokre buty, nie było to żadnym problemem. Pamiętajcie tylko, aby do biegania kupić te najcieńsze (i najtańsze) skarpety. Tylko jeden, ten biegowy, model jest wegański. Resztę zrobiono z wełny, a to nam się nie podoba. Swoją drogą to te skarpety są świetnym rozwiązaniem dla “problemu” wegańskich zimowych butów. W tym sprzęcie to możecie nawet w szmacianych vansach zimą chodzić i będzie Wam sucho i ciepło.

Tu znajdziecie fajny test dexshell’a. 

Wypad w góry okazał się świetnym początkiem przygotowań do nowego sezonu biegowego i dobrym mentalnym restartem. Szczerzę pisząc, nie mam pojęcia jak będzie on wyglądał. Wiem, że na wiosnę nie pobiegnę (po raz pierwszy od kilku sezonów) maratonu ulicznego. Jeśli chodzi o szosę, to jak na razie planuję start w gdyńskim półmaratonie. Nie mogę/nie chcę przegapić premierowego półmaratonu w moim rodzinnym mieście.

A na koniec taka fotka, która niech wytłumaczy po co mi było to całe wyciszenie, skupienie i trochę samotności, itp ;). IMG_4417

Long live Rysiek!

Rysiek WawerRówno 3 lata temu do naszego wprowadziliśmy się na Wawer. Tego samego dnia przywiozłem do nas Ryśka. Był przestraszony, cały zestresowany, nie chciał wejść do domu.Tej nocy mimo śniegu spał na zewnątrz.

Zdjęcie po prawej stronie zrobiliśmy wczoraj. Spójrzcie jaka zmiana (nie licząc oczywiście pogody)! Rysiek jest zdrowy (mimo że cały czas w jego ciele tkwią pociski ze śrutówki), pewny siebie i mam nadzieję, że szczęśliwy.

Jesień 2015

Łemkowyna Ultra Trail race kit

Łemkowyna Ultra Trail Race Kit

W weekend przebiegłem ostatnie zawody w tym sezonie. Biegłem w Łemkowynie, 70 km w Beskidzie Niskim, między Chyrową a Komańczą. Świetna, bardzo malownicza trasa i jeszcze lepsza organizacja biegu. Czas 11 h 21 min do najlepszych zdecydowanie nie należał, ale nie mieliśmy z Dominikiem ochoty na napieranie. Celem było dotarcie na metę we względnie dobrej formie. Wszystko się udało. Jestem z tego szczególnie zadowolony, ponieważ przed biegiem miałem tygodniową pauzę. Dopadł mnie jakiś jesienny wirus i po prostu nie byłem w stanie trenować. Jeszcze w piątek, jadąc do Chyrowej, czułem się dość słabo. Dopiero wizyta w biurze zawodów, wyzwoliła we mnie adrenalinę, która postawiła mnie na nogi.

Łemkowyna Ultra Trail meta finish

nogi i medal na mecie

Sama trasa baaardzo błotnista. Przy zbiegach wymagało to maksymalnej koncentracji, bo o upadek było łatwiej niż zwykle. Oznakowanie biegu świetne, chyba tylko raz, biegnąc już ostatnie, leśne kilometry w totalnej ciemności, z niecierpliwością wypatrywałem taśmy oznaczającej drogę.

profil trasy Łemkowyna Ultra Trail Garmin Fenix3

profil trasy Łemkowyna Ultra Trail Garmin Fenix3

beskid niski Łemkowyna Ultra Trail

Piękne okoliczności przyrody

Jeszcze trochę o organizacji zawodów – obsługa i posiłki na punktach kontrolnych, pierwsza klasa. Miałem to czego nie było na Rzeźniku, czyli suszone owoce, banany i pomarańcze. Dodatkowo na 40 km w Puławach Górnych czekała na mnie wegańska zupa dyniowa, a na mecie w Komańczy posiłek regeneracyjny w postaci wegańskich pierogów i wegańskiego żurku. Co ciekawe i fajne, wegańska opcja była jedyną oferowaną wszystkim biegaczom ;) Nie słyszałem aby ktoś narzekał.

Wegańskie pierogi i żurek na mecie

Wegańskie pierogi i żurek na mecie

W czasie wyjazdu mieszkaliśmy w Mszanie w ośrodku Agroturystyka bez barier. 4 km od Chyrowej, blisko Dukli, Inowicza-Zdrój i wszystkich innych atrakcji, które te rejony mają do zaferowania. Świetna baza na wypady biegowe i nie tylko. Dom dostosowany do potrzeb osób niepełnpsprawnych i niewidomych.

vegan runners maraton warszawski 2015 polska

A wcześniej, bo pod koniec września przebiegłem Maraton Warszawski. Treningowo, bo zbyt wiele pod niego nie trenowałem. Zrobiłem 3h45 min (o ponad kwadrans gorzej od życiówki),a po zawodach wróciłem do domu i skosiłem trawnik. To miał być trening/dłuższe wybieganie przed górskim Łemkowyną. Skusiłem się na Warszawę przede wszystkim dlatego, że zgodnie z zapowiedzą organizatorów, był to ostani MW z metą na Narodowym. Wielka szkoda, bo ten finisz był magnezem, który przyciągał biegaczy do Warszawy. Uwielbiałem tę końcówkę, dlatego wbiegałem tam 4x. Poza tym organizacja Maratonu Warszawskiego jest po prostu świetna. Wydaje mi się, że dzieje się tak również dzięki całej infrastrukturze, którą dostarczał Narodowy. Niestety, Orlen Maraton z niskimi opłatami startowymi, okazał się bardziej atrakcyjny i w 2015 okazał się najpopularniejszym biegiem maratońskim w Polsce.

Teraz przychodzi czas na roztrenowanie i robienie pompek, brzuszków i innych wygibasów. O bieganiu nie zapominam, mimo że w najbliższych tygodniach i miesiącach czeka mnie sporo życiowych atrakcji. Także sportowych.

Krótki urlop

Byłem na krótkim urlopie. Dzięki temu załatwiłem kilka zaległych spraw, spotkałem się ze starymi przyjaciółmi z Kuala Lumpur (teraz z Belgii i Australii) oraz pobiegałem w kilku nowych miejscach (Antwerpia, Berlin (dzięki Adrian!)). O wszystkich zajebistych rzeczach, które zjadłem nie będę już wspominał.

Kuala Lumpur WolfPack w Antwerpii

Kuala Lumpur WolfPack w Antwerpii

bieganie w Antwerpii

bieganie w Antwerpii

Prosto z zagranicy pojechaliśmy z Ash’em do Krakowa. W grodzie Kraka jestem dość często, ale muszę przyznać, że tym razem szczególnie mi się tam podobało. Momo i nowo otwarta Soya Cafe dały radę. Wg. mnie jeśli chodzi o wegańskie kulinaria nic więcej się tam nie liczy. Ale znaleźliśmy też czas aby samemu coś ugotować.

wegańskie gotowanie w Krakowie

wegańskie gotowanie w Krakowie

Po Krakowie pojechaliśmy do muzeum Auschwitz. Nigdy wcześniej nie byłem w Obozie Zagłady. Wrażenie poruszające i piorunujące. Szczególnie znaczące było to, że zwiedzaliśmy Auschwitz z Ashem (to on chciał zobaczyć to miejsce). Ash jest wyznawcą Hinduizmu, ale urodził się i wychował w muzułmańskiej Malezji. Malezja to kraj gdzie blisko 60% społeczeństwa nie wierzy w Holocaust.
Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły zdjęcia więźniów Auschwitz. Z jednej strony kobiety, na drugiej ścianie mężczyźni. Kobiety wyprostowane, niektóre z nadzieją w oczach, niektóre uśmiechnięte. Panowie – ze śladami pobicia na twarzy, okradzeni nadziei, z grymasem bólu na twarzy. Do dziś prześladują mnie te spojrzenia, ale chcę o nich pamiętać. Najbardziej w pamięci zapadła mi Pani Aurelia Bienka.

Aurelia Bienka RIP

Aurelia Bienka RIP

Cały czas zastanawiam się nad startem w Maratonie Warszawskim. Nie jestem w formie, treningi idą mi słabo (wszystko przez brak regularności). Ale kusi nowa trasa oraz “sprawdzian” przed październikowym ultra. Zobaczymy.

Na jesień wracam w Bieszczady

W październiku wracamy z Dominikiem na bieszczadzki szlak. Tym raziem pobiegniemy “Łemkowyne Ultra Trail” (70 km). Meta w Komańczy, więc będzie  piękna “klamra” z Rzeźnikiem. Impreza zbiera dobre recenzje, na punktach kontrolnych będą serwować owoce, więc “rzeźnikowej wtopy” nie będzie. Za to zamiast z upałami, możemy stoczyć walkę z chłodem. Pogoda marzenie? Słońce i 8C.

Bieg Rzeźnika

Bieszczady są super. I wcale nie takie niskie jak ludzie mówią. Szkoda, że przekonałem się o tym dopiero po 36 latach od urodzenia. Przez lata mieszkałem w Australii, potem na Borneo, zwiedziłem najdalsze zakątki świata, a w nasze Bieszczady nigdy nie dotarłem. Jak nic należała mi się pokuta, dlatego na początku czerwca stanąłem na starcie Biegu Rzeźnika w Komańczy. Razem z Dominikiem przebiegłem 77 km i po ponad 15,5h zameldowałem się na mecie w Ustrzykach Górnych.

bieszczady kozy

Bieszczady 2015

bieg rzeznika niedzwiedz komancza

Taka tablica 40 metrów od naszej kwatery

W Bieszczady przyjechaliśmy dwa dni przed startem. Moi rodzice z Gdyni, Ewa, Marzena, córki Dominika i ja z Waraszwy. Wynajęliśmy dom niedaleko Komańczy i próbowaliśmy trochę odpocząć po ciężkim tygodniu. Czwartek spędziłem leżąc na karimacie pod drzewem, drzemiąc i czytając książkę na przemian. Ideał. Wieczorem wypad do Cisnej do biura zawodów po numer, oddanie rzeczy na przepaki i odprawę.

Polsat Biega bieg rzeznika

Polsat Biega team. Biuro zawodów w Cisnej. Jeszcze uśmiechnięci. W tych zawodach startuje się w dwuosobowych zespołach

cisna przepak bieg rzeznika

Cisna przepak

Start o 3 rano z Komańczy, zawieźli nas moi rodzice. Tej nocy spałem jakąś godzinę. Temperatura ok 8 stopni, opadów zero. Atmosfera niesamowita. 1400 biegaczy, tyle samo latarek czołówek (co świetnie widać na filmie), normalnie same ultrasy. Start i pierwsze 6 km po bieszczadzkim asfalcie, aż do wejścia na czerwony szlak, z którego (z dwoma wyjątkami) mieliśmy zejść dopiero na mecie w Ustrzykach Górnych. Pierwszy etap do Cisnej (32 km) zrobiliśmy w 4h25 min godziny. Ten odcinek biegło nam się dość dobrze. Górki jeszcze do zniesienia, zmęczenia nie było, humory dopisywały. Zaliczyłem wprawdzie jedną wywrotkę na zbiegu, ale na szczęście poleciałem na jakieś liście i nic nie poczułem. Na przepak w Cisnej wbiegamy już w pełnym słońcu. Jest po 7 rano, jeszcze nie jest gorąco ale coś mnie tknęło i na przepaku poprosiłem kogoś o użyczenie kremu do opalania. Lubię myśleć, że w pewnym sensie uratowało nam to później życie. Z przepaku wybiegamy już z kijami (dopiero stąd można było sobie nimi pomagać) Potem już wedle zasady, im dalej tym gorzej. Do kolejnego przepaka w Smerku mieliśmy 24 km. Zaczął doskwierać upał, podejścia na ponad 1000 metrów. Na punkcie w Smerku już pełne lato. Ukrop z nieba i pojękiwania innych ultrasów, że dopiero teraz zaczynają się prawdziwe górki. Rzeczywiście, zaczęły się srogie podejścia + turyści na szlaku, którym trochę uprzykrzaliśmy życie, bo musieli cały czas schodzić nam z drogi. Na szczęście nikt nie miał do nas z tego powodu żalu, a nawet mogliśmy liczyć na ich doping. A w okolicach Osadzkiego Wiercha widziałem bieszczadzką żmiję. Takie spotkanie było moim marzeniem z dzieciństwa. Na szczęście prawdą jest, że te małe zwierzątka nie szukają zwady i wolą schodzić z drogi. bieg rzeznika panorama bieszczady bieg rzeznika bieszczady

Prawdziwy kryzys zaczął się po ostatnim punkcie kontrolnym w Berehach Górnych. Tu nawet dyżurująca pielęgniarka zwróciła uwagę, że coś słabo wyglądam (swoją drogą, jak  sama mówiła, miała za sobą kilka startów w poprzednich edycjach Rzeźnika;)). Do mety było mniej niż 10 km, ale czekała na nas Połonina Caryńska, czyli najgorsze podejście wyścigu (1297 m n.p.m). Dla mnie w tym miejscu zaczęło się prawdziwe ultra – mój organizm nagle przestał działać. Jeszcze przed wyjściem na połoninę zupełnie mnie odłączyło. To nie był ból mięśni, nóg czy problemy z oddychaniem, krążeniem. Po raz pierwszy w życiu nie miałem po prostu siły zrobić następnego kroku. Robiłem 20-30 kroków i zatrzymywałem się, bo mózg nie był w stanie zmusić nóg do kolejnego ruchu. To nie była zwykła maratońska ściana, gdzie wpada się w jakieś otępienie, a czasem nawet traci kontakt z rzeczywistością. Tu byłem totalnie świadom tego jak się czuję i chyba właśnie dlatego tak teraz to przeżywam i analizuję. Dominik zastosował metodę “step by step” czyli wskazywał mi kolejny cel do którego mam dotrzeć… jakiś krzak, kamień, drzewo. Wszystko oddalone od siebie o jakieś 30 metrów max. Po pewnym czasie takiej walki zacząłem nerwowo patrzeć na zegarek. Traciliśmy czas i na poważnie zacząłem się martwić o limit czasu. Picie już nie pomagało, a na samą myśł o kolejnym żelu czy batonie, zbierało mi się na wymioty. W akcie desperacji, Dominik polał mi głowę mieszanką izo + woda (ze zdecydowaną przewagą h2o), która została w jego bidonie. Tu przydażyła się sytuacja, która na długo zapadnie mi w pamięć. Mijający nas biegacz, zobaczył, że Dominik wylewa na mnie jakąś żółtą ciecz, zaproponował swoją wodę. Widziałem, że dla mnie opróżnił swoją ostatnią butelkę i mimo moich protestów nalał na głowę. Gest który naprawdę znaczył dla mnie wiele, bo miałe przed sobą jeszcze trochę kilometrów w słonecznym skwarze. Nie pamiętam jak się ów jegomość nazywał, jaki miał numer startowy czy z jakiej biegł drużynu. Pewnie nigdy się nie spotkamy, ale jeszcze raz wielkie DZIĘKI kolego! Potem za kilkanaście minut kolejny cud! Jakiś kilometr od szczytu Cyrenejki wypływa małe źródełko. Słyszałem o nim wcześniej i wypatrywałem. Kiedy wreszcie do niego dotarliśmy, padłem na kolana i zamoczyłem głowę. Niesamowite uczucie. Organizm przeszedł jakąś przemianę, zmęczenie odeszło, ozdrowiałem, urodziłem się na nowo, trochę ultramaratońskiej metafizyki… sam nie wiem. Wiem, że w jednej chwili wszystkie siły do mnie wróciły i zacząłem biec do mety. Na końcu czekał nas jeszcze dość nieprzyjemny zbieg (jakby te pozostałe były przyjemne…?), ale wtedy już wiedzieliśmy, że zmieścimy się w limicie czasowym wyścigu. Na mecie meldujemy się po 15 i pół godzinie (dokładnie 15h34 min.). Czeka medal, Ewa, Mama, Tata. Jest radość, dostaję wreszcie banana. Wynik blisko 1,5h poniżej naszych oczekiwań, przyjmujemy z pokorą. Tak to jest, kiedy Ci z nizin napierają na góry. 

polsat biega bieg rzeznika

200 m przed metą

To był mój” rzeźnicki” debiut, dlatego nie wiem jak organizowane były poprzednie zawody. Generalnie podobało mi się. Jedynym poważnym minusem był żywienie na trasie. Przed zawodami organizatorzy zapewniali o dostępności wegańskiego jedzenia. Banany, rodzynki czy pomarańcze na punktach kontrolnych biegów ultra brałem dotychczas za pewnik. Dlatego na trasę zabrałem jedzenie żele i batony Cliff i Petardy Zmiany Zmiany. Niestety na przepakach nie było owoców. Były żele, batony Squeeze, bułki z serem czy dżemem , zupa pomidorowa (non wegan) i chleb ze smalcem. Była cola (to się przydało) a na ostatnim punkcie znalazł się nawet Burn (czyli red bull coli). Dlatego cały wyścig leciałem na chemii. Czuję, że po części to było przyczyną mojego kryzysu w końcówce. A na mecie na pytanie o posiłek usłyszałem “za 10 min będę miał dla was jakąś sałatkę”. To była ostatnia rzecz jaką chciałem usłyszeć. Wiem, że na mecie byliśmy w ogonie, ale dobrze by było mieć jednak coś do zjedzenia.

bieg rzeznika meta

meta, Mama i wyczekiwane banany

Stwierdzeniem, że Rzeźnik to ciężki bieg, Ameryki pewnie nie odkryję. Ale dopiero teraz wiem z czym się tę imprezę się naprawdę je. Już rok temu mieliśmy chrapkę na ultra w Bieszczadach. Nie mieliśmy szczęścia w losowaniu, dlatego biegliśmy Sudecką Setkę (100 km, o ponad 20 km więcej niż trasa Rzeźnika). Tamten bieg zrobiliśmy w ponad godzinę szybciej! Na mecie w Ustrzykach Górnych miałem naprawdę dość biegania. Pewnie znacie to uczucie. Czas jednak leczy rany i dziś, 2 tyg po zawodach, naszła mnie myśl, że w sumie z przyjemnością znów stanąłbym na starcie w Komańczy. Na koniec słowa podziękowania dla załogi Garmin Polska. Zwyczajowo wsparła moje ultra przygody zegarkiem na miarę wyścigu. Tym razem był to Garmin Fenix 3. Rewelacyjna maszyna, która wiele potrafi! Bieszczady z Garminem na ręku na pewno biegaczowi mniej straszne;) garmin fenix3 bieg rzeznika A tu zestawienie profilu trasy ze strony Rzeźnika: profil2011 A tu co na mecie pokazał Garmin. Niemal identyczny. Jeśli chodzi o pomiar odległości, gps pokazał 77,2km, czyli też wszystko się zgadza. Niezła precyzja. bieg rzeznika profil trasy garmin fexnix3   Na koniec zwyczajowe zdjęcie sprzętu, który zabrałem ze sobą w Bieszczady. bieg rzeznika sprzet